Nawet nie zdawałam sobie sprawy ile minęło czasu od ostatniego wpisu na tym blogu. Z jakiegoś powodu, jak tak patrzę wstecz, na rok 2016, to mam wrażenie, że trwał od jednocześnie wieczność, a w tym samym czasie skończył się zanim zdążyłam mrugnąć. Czy to był dobry rok? Cóż, po dłuższym zastanowieniu się, dla mnie był on taki... średni, chociaż przeważa w nim więcej złych niż dobrych wydarzeń.
A jakie plany na 2017? Przeżyć. To jest chyba dla mnie najważniejsze, bo cholernie boję się tego, co ma się zdarzyć właśnie podczas tych nowych 365 dni. Nie mam zbyt wysokich oczekiwań, po prostu chociaż raz chcę mieć rok, który byłby "okay". Nic specjalnego, nic nadzwyczajnego, zwykły rok, w którym mogłabym się powoli rozwijać i dalej kontynuować swoje zainteresowania. Ach, no tak, chyba jedynym planem jest częstsze pisanie i wrócenie do rysowania, bo to powinnam zrobić już dawno temu.
A co z tym blogiem? Nie wiem, pisałam go z nadzieją, że ktokolwiek na niego zerknie, ale nie wiem, czy tak się działo. Może pousuwam kiedyś stare posty, gdy będę się ich zbyt wstydzić. Na koniec chcę życzyć wszystkim, którzy to czytają, powodzenia i szczęścia w nowym roku. Pozwólcie sobie na reset życia, zastanówcie się nad tym, co chcecie zmienić i te realizujcie. Aby 2017 był dla nas łaskawy.
poniedziałek, 2 stycznia 2017
poniedziałek, 29 lutego 2016
Borderline
Luty był dziwny - tyle się w nim działo, a tak wolno minął. Jedna rzecz się jednak nie zmieniła i jest nią moje lenistwo. Niby miałam coś tam napisać, miałam jakieś pomysły, ale to teraz byłam chore i usprawiedliwiałam się tym, że nie umiem myśleć, to wolałam sobie pograć czy porozmawiać z kimś, przez co lista wymówek ciągnęła się w nieskończoność. Nie mam ogólnego pomysłu na ten post, pokażę prawdopodobnie jakieś bzdury i to będzie wszystko, aby nie zostawiać bloga z taką pustką, bo w sumie lubię tu pisać. Powinnam też zrobić nową playlistę, ale hehe, miałam z tym takie problemy, że boję się znowu tego tykać.
~*~
Astaroth Ouji
snob ✝ self-assured ✝ noncommittal
Ostatnio pewna osóbka pokazała, że na moich magicznych, pożyczonych simsach też mogę mieć mody, więc zaczęłam bawić się w ich ściąganie, tak jak to kiedyś często robiłam z trójką (chociaż czwórka po wgraniu kilku modów nie wyłącza mi się po 10 minutach). Stworzyłam już kilka simek, ale dzisiaj jakoś na szybko chciałam wypróbować pozy, więc tak powstała Astaroth (imię wzięte oczywiście od demona, a nie od pani modelki).
Astaroth to sukkub, kobiecy demon uwodzący mężczyzn w śnie. Dziewczyna woli jednak towarzystwo kobiet, szczególnie swojej partnerki Amy. W wolnym czasie ćwiczy taniec nowoczesny i wiedzie, jak na demona, całkiem spokojne życie. Nie oznacza to, że czasami też nie lubi się... zabawić.
snob ✝ self-assured ✝ noncommittal
Ostatnio pewna osóbka pokazała, że na moich magicznych, pożyczonych simsach też mogę mieć mody, więc zaczęłam bawić się w ich ściąganie, tak jak to kiedyś często robiłam z trójką (chociaż czwórka po wgraniu kilku modów nie wyłącza mi się po 10 minutach). Stworzyłam już kilka simek, ale dzisiaj jakoś na szybko chciałam wypróbować pozy, więc tak powstała Astaroth (imię wzięte oczywiście od demona, a nie od pani modelki).
Astaroth to sukkub, kobiecy demon uwodzący mężczyzn w śnie. Dziewczyna woli jednak towarzystwo kobiet, szczególnie swojej partnerki Amy. W wolnym czasie ćwiczy taniec nowoczesny i wiedzie, jak na demona, całkiem spokojne życie. Nie oznacza to, że czasami też nie lubi się... zabawić.
~*~
Ciri Grosvenor
creative ✝ loner ✝ hot-headed
Hehe, Liściu wykorzystał blizny z Wiedźmina i oczywiście nazwał postać pierwszym imieniem, jakie przyszło mu do głowy. Ogólnie bardzo lubię tę simkę, jest strasznie fierce i w mojej głowie ma własny zespół, w którym jest wokalistką. Pisze własne teksty, nawet gra na gitarze i pianinie. Dla takich spierdolin jak ja od razu pewnie rzuci się w oczy jej strój sportowy - jeśli ktoś kojarzy, to strój z Pink Hot od EXID. Swoją drogą lubię piosenki tego zespołu, może są bardzo do siebie podobne, noale ja lecę na chwytliwe rzeczy i ładne panie.
~*~
jeloń.jpg
Takim uroczym akcentem kończę, bo przecież pokazywanie simów to tak dużo robotyyyy. Przynajmniej będę miała spokój z tym, że nie publikuję nic na blogu, hehe.
creative ✝ loner ✝ hot-headed
Hehe, Liściu wykorzystał blizny z Wiedźmina i oczywiście nazwał postać pierwszym imieniem, jakie przyszło mu do głowy. Ogólnie bardzo lubię tę simkę, jest strasznie fierce i w mojej głowie ma własny zespół, w którym jest wokalistką. Pisze własne teksty, nawet gra na gitarze i pianinie. Dla takich spierdolin jak ja od razu pewnie rzuci się w oczy jej strój sportowy - jeśli ktoś kojarzy, to strój z Pink Hot od EXID. Swoją drogą lubię piosenki tego zespołu, może są bardzo do siebie podobne, noale ja lecę na chwytliwe rzeczy i ładne panie.
~*~
Avery Oldfield
good ✝ childlish ✝ creative
Kocham jej strój podstawowy, chciałam stworzyć jaką uroczą i delikatną simkę, a Avery to pomieszanie tego i tego. W stroju sportowym jest moja bluzka widmo, której w grze tak naprawdę nie mam, ale na simkach się pojawia... to trochę jak historia z nawiedzonymi skrzypcami, które same grały. Do Avery jako takiej historii nie mam, ale z pewnością mogłaby być modelką lub kimś związanym z modą, bo ma całkiem ładną mordkę. Tak btw bless twórce kapelusza użytego w stroju kąpielowym, jak ja za takimi nie przepadam, to w grze wygląda prześlicznie.
~*~
Rui Feng
childlish ✝ good ✝ romantic
Wylosowała mi się simka z ładnymi oczami, więc postanowiłam zrobić jakąś uroczą, azjatycką dziewczynkę. Tak oto powstała Rui, nie wiem, czy ma w sobie coś orientalnego, ale na pewno jest super urocza (przez całkowity przypadek, ja nawet nie umiem tworzyć simów). Taki funfact do jej nazwiska to to, że żadne nie przychodziło mi do głowy, więc pomyślałam o pierwszej postaci z azjatyckimi korzeniami i na myśli przyszedł mi pewien pedał (pozdrawiam, hehe), któremu ukradłam nazwisko. I znowu btw, te plasterki w wizytowym są strasznie kochane, choć bugują niektóre spódniczki i spodenki (kto by się spodziewał po simsach).
~*~
Anne Marie Blackwood
love outdoors ✝ good ✝ clumsy
Chyba moje ulubione dziecko, bo jest jelonkiem!!! Super kochanym jelonkiem!!! Na początku zamierzałam stworzyć jakąś dziewczynkę z piegami i rudymi włosami, bo takie są śliczne, jednak popełniłam ten błąd, że dałam jej rogi i później już całkowicie zmieniłam ją w zwierzątko. Anne to bardzo uczynna i delikatna osoba, lubiąca za duże swetry i cieplutkie wieczory przy kominku z gorącą czekoladą.
jeloń.jpg
Takim uroczym akcentem kończę, bo przecież pokazywanie simów to tak dużo robotyyyy. Przynajmniej będę miała spokój z tym, że nie publikuję nic na blogu, hehe.
wtorek, 19 stycznia 2016
Nowy rok, stara ja
Hej, hai, hello i wszelakie inne powitania - jak miło, choć przekonamy się z czasem, powitać wszystkich w nowym roku 2k16. Cóż, mam nadzieję, że uda mi się go jakoś przeżyć i nie zleci tak szybko jak poprzednie lata... nie widzi mi się jakoś pisanie testów trzecioklasisty, choć w tym roku czekają mnie jeszcze konkursy, na których umrę ze stresu, haha. Tak, bardzo pozytywnie zaczynam rok. Nie no, patrząc na to z dobrej strony - stało się jak na obecną chwilę wiele rzeczy, które mnie zaszokowały, zdziwiły, zasmuciły? Wszystkie te rzeczy na raz. Wiem już, że ten rok nie obejdzie się bez płaczu, bólu i łez, choć może i znajdą się jakieś chwile radości. Ah, i może jak niektórzy zauważyli - zmieniłam wygląd, od tak, by cały czas nie było tego samego. Może jest gorszy i prostszy od poprzedniego, jednak to jakaś odmiana, a to się liczy! Sama chęć, sama chęć. Cóż, nie chciałam dzisiaj mówić tylko o tym, jakie to mam oczekiwania na nowy rok, o moich planach i postanowieniach... w sumie przyszło mi do głowy, by napisać o tym post, lecz właściwie nie miałabym o czym tam opowiadać, bo takowych postanowień nie mam. Przychodzę więc z czymś, co zrobiłam jakiś czas temu w 2015, czyli z interpretacją tekstu piosenki. Wybrałam tym razem utwór dość bliski mnie, nie tylko z tego powodu, że wyszedł on spod rąk jednego z moich ulubionych zespołów, a głównie przez to, że jej tekst bardzo do mnie przemawia. Więc bez dalszego przeciągania, zabieram się dzisiaj za Car radio zespołu twenty one pilots.
I ponder of something great
My lungs will fill and then deflate
They fill with fire
Exhale desire
I know it's dire
My time today
Nadal mam trudności z czytaniem tekstu tej piosenki i nie śpiewaniem jej w myślach, haha. Bohater myśli nad zrobieniem czegoś wielkiego, lub nad ideą takiej oto rzeczy. Co to może być? Nie wiemy. Wdychają ogień, czyli napęd, w wydychają puste pragnienie, aby dokonać tą rzecz. Wie, że zmarnował dużo czasu, bardzo dobrze o tym wie.
Sometimes quiet is violent
I find it hard to hide it
My pride is no longer inside
It's on my sleeve
Czasami cisza potrafi być bardziej bolesna od czegokolwiek innego. Nie możemy wtedy ukryć swoich myśli na temat tego, co uczyniliśmy, nasza dusza jest tak odsłonięta jakbyśmy trzymali ją na dłoni. Trudno nam też powstrzymać ten proces, bo cisza jest silniejsza od nas, nie mamy jej czym wypełnić.
My skin will scream
Reminding me of
Who I killed inside my dream
I hate this car that I'm driving
There's no hiding for me
I'm forced to deal with what I feel
There is no distraction to mask what is real
I could pull the steering wheel
Jego skóra będzie mu za każdym razem przypominała, ile razy zabił siebie w myślach, lub zrobił to z osobą, której nienawidził (czyli prawdopodobnie również sobą ). Bohater nienawidzi ścieżki, jaką obrał, jakim torem toczy się teraz jego los. Jest zmuszony zmierzyć się z tym, co czuje w stosunku do tego i samego siebie. Nic nie potrafi go od tego odciągnąć, gdyż nadal trwa ta przeszywająca cisza. Mógłby podjąć decyzję - zabić się i skończyć z tym wszystkim, czy nadal mierzyć się ze swoimi problemami. Jak na razie widać, wybiera on drugą opcję.
I have these thoughts
So often I ought
To replace that slot
With what I once bought
'Cause somebody stole
My car radio
And now I just sit in silence
Tutaj dowiadujemy się, czym jest przyczyna tego, że bohater siedzi w ciszy. Ktoś ukradł jego radio samochodowe, jedyną rzecz, która zapewniała dźwięk i pewną ucieczkę od natarczywych myśli. Wie, iż powinien je czymś zastąpić, bo te myśli nie dają mu spokoju, lecz obecnie siedzi tylko w ciszy i nie może ich powstrzymać.
I ponder of something terrifying
'Cause this time there's no sound to hide behind
I find over the course of our human existence
One thing consists of consistence
And it's that we're all battling fear
Oh dear, I don't know if we know why we're here
Oh my,
Too deep
Please stop thinking
I liked it better when my car had sound
Bohater myśli o czymś strasznym, czyli o przeciwieństwie czegoś wymienionego w poprzednich wersach. W tym przypadku może chodzić o popełnienie samobójstwa, które dla jednych może być zbawieniem, a dla innych czymś przerażającym. Te myśli nachodzą go, gdyż nie ma czym innym zając swojej głowy, bo nie ma już jedynego źródła dźwięku, który pozwalał mu o wszystkim zapomnieć. Rozmyśla na temat sensu życia, po czym uznaje, że jedyną stałą i oczywistą rzeczą jest to, że każdy mierzy się ze swoim strachem. Bohater zaczyna kwestionować to, czemu żyjemy i co tu robimy, po czym sam się karci za tak głębokie i dołujące myśli. Wolał, gdy jego głowa była wypełniona tylko muzyką.
There are things we can do
But from the things that work there are only two
And from the two that we choose to do
Peace will win
And fear will lose
There's faith and there's sleep
We need to pick one please because
Faith is to be awake
And to be awake is for us to think
And for us to think is to be alive
And I will try with every rhyme
To come across like I am dying
To let you know you need to try to think
To moja ulubiona część piosenki, która jakoś zawsze podnosi mnie na duchu. Możemy robić wiele rzeczy, aby jakoś dalej żyć, by się nie poddawać, lecz tylko dwie z nich zadziałają. Czym są te rzeczy? Są snem i wiarą. Jeśli wierzymy, to znaczy, że jesteśmy obudzeni, myślimy, biegniemy za pragnieniem. Trzymamy się jakiejś cienkiej linii i na niej balansujemy, jednak to i tak jest jakąś podporą. Dlatego żyjemy, nie poddając się swoim lękom. Bohater będzie za każdym razem starał się uświadomić, że powinniśmy próbować myśleć, nawet, jeśli jest bardzo źle. Wtedy może znajdziemy coś, dla czego warto żyć i dalej funkcjonować na tym świecie.
niedziela, 13 grudnia 2015
“Caring doesn't sometimes lead to misery. It always does.”
Pomysł na tego posta miałam już jakiś, no nie wiem, miesiąc temu? Zaczęłam pisać go o około pierwszej w nocy, od razu po skończeniu omawianej przeze mnie książki. Byłam tak poruszony tym wszystkim, co tam się działo, że musiałam to gdzieś napisać. Po drodze jednak złapało mnie zmęczenie i na drugi dzień nie potrafiłam skończyć już tego postu tak, jak powinnam. Emocje opadły, wszystko minęło, nie miałam już żadnych przemyśleń na ten temat. Głupio mi jednak zostawiać to wszystko takie nieskończone, więc postanowiłam wrzucić tu co na tamtą chwilę udało mi się napisać.
Czasami biorę to ręki książkę z zamiarem odprężenia się i oderwania od rzeczywistości, od natłoku tych wszystkich codziennych problemów. Jednym z takich dzieł miało być „Will Grayson, Will Grayson” i nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałam – to raczej złe określenie. Bardziej... zaskoczyła mnie zawartość tej książki. Naprawdę spodziewałam się jakiejś lekkiej lektury o romansie dwóch chłopaków (do czego też się w pewnym stopniu myliłam), a otrzymałam o wiele głębszą powieść i świetnie stworzonych bohaterów. Rzadko książka aż tak mnie porusza, bo zwykle łapię za pozycje młodzieżowe, które i może mają swój własny przekaz, jednak skupiają się w większym stopniu na akcji. W „Will Grayson, Will Grayson” autorzy dużo miejsca i czasu poświęcili na przemyślenia bohaterów, czy to w dialogach, czy w narracji. Pierwszy raz też chyba nie zamierzam zrobić recenzji książki, a przynajmniej nie żadnej dogłębnej. Bardziej chciałabym porozmawiać na kwestie (nie tematy, jak tu ujęli sami autorzy) poruszone w tej pozycji. Szczerze? Nie jestem szczęśliwa, że mogę zrozumieć problemy tam przedstawione, ani nie jestem zadowolona mogąc utożsamiać się z bohaterami.
Zacznijmy od podstawowej rzeczy – oboje główni bohaterowie nie są osobami zbytnio zadowolonymi z życia. Ba, jednej z nich ma nawet poważną depresję, a jedyną rzeczą utrzymującą go przy życiu są leki antydepresyjne. Pierwszy Will to bardziej cichy typ, nie wtrącający się w sprawy innych i nie zwracający na siebie uwagi (chociaż jego przyjaciel jest w tym dużym utrudnieniem).
---
Czasami biorę to ręki książkę z zamiarem odprężenia się i oderwania od rzeczywistości, od natłoku tych wszystkich codziennych problemów. Jednym z takich dzieł miało być „Will Grayson, Will Grayson” i nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałam – to raczej złe określenie. Bardziej... zaskoczyła mnie zawartość tej książki. Naprawdę spodziewałam się jakiejś lekkiej lektury o romansie dwóch chłopaków (do czego też się w pewnym stopniu myliłam), a otrzymałam o wiele głębszą powieść i świetnie stworzonych bohaterów. Rzadko książka aż tak mnie porusza, bo zwykle łapię za pozycje młodzieżowe, które i może mają swój własny przekaz, jednak skupiają się w większym stopniu na akcji. W „Will Grayson, Will Grayson” autorzy dużo miejsca i czasu poświęcili na przemyślenia bohaterów, czy to w dialogach, czy w narracji. Pierwszy raz też chyba nie zamierzam zrobić recenzji książki, a przynajmniej nie żadnej dogłębnej. Bardziej chciałabym porozmawiać na kwestie (nie tematy, jak tu ujęli sami autorzy) poruszone w tej pozycji. Szczerze? Nie jestem szczęśliwa, że mogę zrozumieć problemy tam przedstawione, ani nie jestem zadowolona mogąc utożsamiać się z bohaterami.
Zacznijmy od podstawowej rzeczy – oboje główni bohaterowie nie są osobami zbytnio zadowolonymi z życia. Ba, jednej z nich ma nawet poważną depresję, a jedyną rzeczą utrzymującą go przy życiu są leki antydepresyjne. Pierwszy Will to bardziej cichy typ, nie wtrącający się w sprawy innych i nie zwracający na siebie uwagi (chociaż jego przyjaciel jest w tym dużym utrudnieniem).
---
I to właściwie wszystko, co udało mi się napisać tamtej nocy. Skończyłam na opisywaniu ogólnikowo tego, co miało się dziać w książce i jacy byli główni bohaterowie. To nie miało być jednak głównym zamysłem. Chciałam porozmawiać na tematy poruszane w tej książce, takie jak samotność, miłość, akceptowanie decyzji innych. Teraz trudno mi wypowiedzieć się jakoś sensownie na ten temat, jak i nie sądzę, by w najbliższej przyszłości mi się udało. Jedynym co mogę jeszcze powiedzieć to to, że po lekturze ogarnęło mnie uczucie strasznej samotności, głównie przez poruszane tam wątki i sceny, które doprowadziły mnie do łez. "Will Grayson, Will Grayson" był lekturą, która zmusiła mnie trochę do myślenia, choć nie spodziewałam się, że to uczyni.
Zakończę ten mało treściwy post piosenką od P!atD, aby była tu chociaż jedna dobra rzecz.
niedziela, 8 listopada 2015
A czas leci...
Dzień dobry czy dobry wieczór, w zależności o której godzinie będziecie to czytali. Ogólnie wchodząc dzisiaj na bloga zaczęłam się zastanawiać - napisać post lub może jeszcze nie teraz? A, myślę sobie, pewnie nie tak dawno coś publikowałam. Byłam trochę zaszokowana faktem, że ostatni post pojawił się we wrześniu, i to jeszcze na początku. Cóż, chyba tak jak teraz wszystkich, pochłania mnie szkoła, a ja nawet tego nie zauważam. Dni same mijają na wykonywaniu tej samej rutyny i jakoś to leci. W międzyczasie nie robiłam nic produktywnego, bo nawet na rysowanie nie miałam ochoty, może jedynie pisałam. Gdybym była aż nazbyt leniwa, to pewnie teraz zamiast tego wywodu czytalibyście jedno z opowiadań, które napisałam przez dwa miesiące, jednak staram się jakoś wysilić i zostawiam opowiadania jako "koło ratunkowe".
Zastanawiając się nad tematem posta... właściwie to nadal się nad nim zastanawiam, ale postanowiłam na razie potrajkotać o tym, co zawsze. Ostatnio zawitały do mnie nowe książkowe nabytki (czyt. w październiku) i są one dość wyjątkowe, bo dwa z nich to książki po angielsku. Pierwsza to trzeci tom Sagi Księżycowej, "Cress", a druga to "Simon vs the Homo Sapiens Agenda" (tak, jest o geju). Cóż, nie jestem przyzwyczajona do angielskiego stylu pisania książek, ale na szczęście coś tam jeszcze rozumiem, choć żadnej jeszcze do końca nie przeczytałam... ekhm...typowe...ekhm. Jednak! Przyszły również dwie inne pozycje, jakimi są "Księga Cmentarna" oraz "7 minut po północy". "Jestem jeszcze w trakcje czytania "Księgi" i... zawiodłam się nią? Słyszałam tyle pochwał o książkach Neil'a Gaiman'a, więc spodziewałam się czegoś więcej. Pod względem technicznym książka jest dobra, jednak akcja strasznie wolno się ciągnie i przynajmniej mnie nie wciąga. A co do drugiej książki, to mam do niej już lepsze odczucia. Przeczytałam ją całą w około 3 dni i pod koniec poryczałam się jak dziecko. Tematy chorób, a szczególnie raka bardzo mnie ruszają, więc aż tak się nie dziwię mojej reakcji. Polecam "7 minut" dla osób, które chcą jakąś krótką, ale pięknie oprawioną i wartościową opowieść do przeczytania.
Iiii... właściwie nie wiem, o czym jeszcze mogłabym napisać. Muszę przygotować sobie jakąś listę tematów czy coś, by nie gadać o niczym. A skoro nie mam nic więcej do przekazania, to przynajmniej pokażę kilka rysunków (jeśli można je tak nazwać), które udało mi się z siebie wycisnąć przez ostatnie 2 miesiące.
No tak, jak mówiłam, nie rysowałam zbyt dużo w przeciągu ostatnich miesięcy. Pierwszy obrazek przedstawia tą oto postać. Rysowane w około 20 minut? Taki luźny szkic, bo na nic więcej mnie ostatnio nie stać. Kolejna postać to jakaś randomowa dziewczyna, która miała być harpią (co pewnie widać po niedokończonym dole), ale nie chce mi się jej za cholerę kończyć. Ostatni rysunek to szkic jakiegoś jelonka i muszę przyznać, że nawet mi się podoba. No cóż, ale jak w poprzednich przypadkach - dopadło mnie lenistwo i jej nie kończę.
I to na tyle dzisiaj, trochę ponarzekałam i popaplałam na bezsensowne tematy, więc chyba jak na moje standardy to koniec. Mogę jeszcze wspomnieć o tym, że się pofarbowałam i jestem czerwonajak cegła. A więc tym akcentem się żegnam i do następnego postu!
Zastanawiając się nad tematem posta... właściwie to nadal się nad nim zastanawiam, ale postanowiłam na razie potrajkotać o tym, co zawsze. Ostatnio zawitały do mnie nowe książkowe nabytki (czyt. w październiku) i są one dość wyjątkowe, bo dwa z nich to książki po angielsku. Pierwsza to trzeci tom Sagi Księżycowej, "Cress", a druga to "Simon vs the Homo Sapiens Agenda" (tak, jest o geju). Cóż, nie jestem przyzwyczajona do angielskiego stylu pisania książek, ale na szczęście coś tam jeszcze rozumiem, choć żadnej jeszcze do końca nie przeczytałam... ekhm...typowe...ekhm. Jednak! Przyszły również dwie inne pozycje, jakimi są "Księga Cmentarna" oraz "7 minut po północy". "Jestem jeszcze w trakcje czytania "Księgi" i... zawiodłam się nią? Słyszałam tyle pochwał o książkach Neil'a Gaiman'a, więc spodziewałam się czegoś więcej. Pod względem technicznym książka jest dobra, jednak akcja strasznie wolno się ciągnie i przynajmniej mnie nie wciąga. A co do drugiej książki, to mam do niej już lepsze odczucia. Przeczytałam ją całą w około 3 dni i pod koniec poryczałam się jak dziecko. Tematy chorób, a szczególnie raka bardzo mnie ruszają, więc aż tak się nie dziwię mojej reakcji. Polecam "7 minut" dla osób, które chcą jakąś krótką, ale pięknie oprawioną i wartościową opowieść do przeczytania.
Iiii... właściwie nie wiem, o czym jeszcze mogłabym napisać. Muszę przygotować sobie jakąś listę tematów czy coś, by nie gadać o niczym. A skoro nie mam nic więcej do przekazania, to przynajmniej pokażę kilka rysunków (jeśli można je tak nazwać), które udało mi się z siebie wycisnąć przez ostatnie 2 miesiące.
I to na tyle dzisiaj, trochę ponarzekałam i popaplałam na bezsensowne tematy, więc chyba jak na moje standardy to koniec. Mogę jeszcze wspomnieć o tym, że się pofarbowałam i jestem czerwona
piątek, 11 września 2015
pepe
tak naprawdę tytuł miał być związany z końcem wakacji, ale nie miałam na niego pomysłu, więc zamiast tego jest mem.
Dzień dobry! A może nie taki dobry, bo już od prawie 2 tygodni jest okres, w którym każdy uczeń musiał zostać siłą zmuszony do ponownego pójścia do szkoły... czyż to nie cudowne?
A tak naprawdę to już od tych kilku dni znowu odczuwam stres związany z obowiązkami i samym uczęszczaniem do szkoły. Druga klasa gimnazjum to niby nie przelewki, ale i tak udziela mi się syndrom lenia i mam lekką olewkę na zadania i prace domowe, czego później i tak żałuję. I raczej nigdy się tego nie oduczę. Oczywiście ze stresem idą problemy zdrowotne, problemy z koncentracją, powroty stanów depresyjnych i tak dalej... ale nie o tym dzisiaj!
A więc o czym, pewnie zapytacie... a ja wam odpowiem, że nie wiem, bo nie chcę zostawiać bloga pustego, więc popiszę wam o pierdółkach. Napomknę może teraz o wyjeździe, na którym byłam pod koniec wakacji. Wyjechałam z rodzinką do Rzeczki (godzina drogi do Wrocławia) i całkiem dobrze się bawiliśmy. Tereny były 10/10, moja góralska natura się we mnie odezwała (tak naprawdę nie mam nic z górala, ale to szczegół), bo cały czas byliśmy otoczeni górami. Gdzie by się nie spojrzeć to piękne widoki rozciągające się na horyzoncie. Schodziliśmy też trochę pod ziemię, czego nie akurat nie polecam, bo zimno w ciul i są jadowite pająki (bezpieczeństwo przede wszystkim!). Nakupowałam sobie w chuj dużo pamiątek, bo kocham takie drobiazgi no i nie wróciłabym do domu z pustymi rękami. W wolnym czasie, jaki spędzaliśmy w domku, czytałam sobie "Dom Pod Pękniętym Niebem", który całkowicie mnie zaskoczył... ale o tym zaraz, bo aby nie było tak pusto wygrzebię jakieś zdjęcia z wyjazdu.
Skalne Miasto w Czechach... czeski to bardzo śmieszny język, ogólnie jak tak się przejeżdża przez ten kraj to ma się uśmiech na ustach, bo dla nas wszystkie te szyldy i znaki tak śmiesznie brzmią. Co do samego Skalnego Miasta - bardzo ładne miejsce, dużo kamieni... bardzo dużo. Nawet jak wejdzie się na samą górę to widać tylko kamienie. Zdjęcie u góry przedstawia kawałek wysepki, która znajduje się na wyrobisku z dawnej piaskowni... czy jak to tam się nazywało. Cóż, wygląda jak duże jezioro, więc tak to nazwijmy.
Chyba jedyne fajnie ujęcia konia przy stadninach w Zamku Książąt, jakie udało mi się zrobić (podziwiam fotografów zwierząt). Ogólnie fajnie, że można było je pogłaskać, jak sobie swobodnie chodziły na pastwisku. Wystawne konie na konkursie były przepiękne, chociaż było kilka problemów... spokojnie, nikomu nic się nie stało, wszyscy żyją!
Zamek Książąt od tylca, że to tak ujmę. Akurat z tej strony był bardzo ślicznie porośnięty bluszczem i ogólnie posiadał urocze ogrody. Sam zamek jest może trochę zbyt unowocześniony, ale nadal ma piękny wystrój, rzeźby i architekturę. Była nawet wystawa sztuki nowoczesnej... i chyba nie muszę dalej dopowiadać, jaka ona była.
Zdjęć jest mało, bo nie mam Photoshopa na laptopie i bieda. Nie mogę obrobić zdjęć ani nic, więc tylko posłużyłam się Picassem i zmieniłam format plus dałam trochę nasycenia, bo zdjęcia wyglądały szarawo z początku (mój aparat zaczął się buntować, hehe). To skoro teraz dałam takie obrzezane z informacji sprawozdanie jak było mi na wyjeździe, to omówię wcześniej wspomniany "Dom pod Pękniętym Niebem". Można to uznać za mini recenzję, choć trudno ocenić mi tą książkę - dlaczego to już wyjaśniam.
Obecnie jestem pod skończeniu drugiego tomu i zamierzam jak najszybciej dorwać trzeci o ostatni tom. Na koniec obiecane okładki zaprojektowane przez studio blackgear.
Dzień dobry! A może nie taki dobry, bo już od prawie 2 tygodni jest okres, w którym każdy uczeń musiał zostać siłą zmuszony do ponownego pójścia do szkoły... czyż to nie cudowne?
A tak naprawdę to już od tych kilku dni znowu odczuwam stres związany z obowiązkami i samym uczęszczaniem do szkoły. Druga klasa gimnazjum to niby nie przelewki, ale i tak udziela mi się syndrom lenia i mam lekką olewkę na zadania i prace domowe, czego później i tak żałuję. I raczej nigdy się tego nie oduczę. Oczywiście ze stresem idą problemy zdrowotne, problemy z koncentracją, powroty stanów depresyjnych i tak dalej... ale nie o tym dzisiaj!
A więc o czym, pewnie zapytacie... a ja wam odpowiem, że nie wiem, bo nie chcę zostawiać bloga pustego, więc popiszę wam o pierdółkach. Napomknę może teraz o wyjeździe, na którym byłam pod koniec wakacji. Wyjechałam z rodzinką do Rzeczki (godzina drogi do Wrocławia) i całkiem dobrze się bawiliśmy. Tereny były 10/10, moja góralska natura się we mnie odezwała (tak naprawdę nie mam nic z górala, ale to szczegół), bo cały czas byliśmy otoczeni górami. Gdzie by się nie spojrzeć to piękne widoki rozciągające się na horyzoncie. Schodziliśmy też trochę pod ziemię, czego nie akurat nie polecam, bo zimno w ciul i są jadowite pająki (bezpieczeństwo przede wszystkim!). Nakupowałam sobie w chuj dużo pamiątek, bo kocham takie drobiazgi no i nie wróciłabym do domu z pustymi rękami. W wolnym czasie, jaki spędzaliśmy w domku, czytałam sobie "Dom Pod Pękniętym Niebem", który całkowicie mnie zaskoczył... ale o tym zaraz, bo aby nie było tak pusto wygrzebię jakieś zdjęcia z wyjazdu.
Skalne Miasto w Czechach... czeski to bardzo śmieszny język, ogólnie jak tak się przejeżdża przez ten kraj to ma się uśmiech na ustach, bo dla nas wszystkie te szyldy i znaki tak śmiesznie brzmią. Co do samego Skalnego Miasta - bardzo ładne miejsce, dużo kamieni... bardzo dużo. Nawet jak wejdzie się na samą górę to widać tylko kamienie. Zdjęcie u góry przedstawia kawałek wysepki, która znajduje się na wyrobisku z dawnej piaskowni... czy jak to tam się nazywało. Cóż, wygląda jak duże jezioro, więc tak to nazwijmy.
Chyba jedyne fajnie ujęcia konia przy stadninach w Zamku Książąt, jakie udało mi się zrobić (podziwiam fotografów zwierząt). Ogólnie fajnie, że można było je pogłaskać, jak sobie swobodnie chodziły na pastwisku. Wystawne konie na konkursie były przepiękne, chociaż było kilka problemów... spokojnie, nikomu nic się nie stało, wszyscy żyją!
Zamek Książąt od tylca, że to tak ujmę. Akurat z tej strony był bardzo ślicznie porośnięty bluszczem i ogólnie posiadał urocze ogrody. Sam zamek jest może trochę zbyt unowocześniony, ale nadal ma piękny wystrój, rzeźby i architekturę. Była nawet wystawa sztuki nowoczesnej... i chyba nie muszę dalej dopowiadać, jaka ona była.
Zdjęć jest mało, bo nie mam Photoshopa na laptopie i bieda. Nie mogę obrobić zdjęć ani nic, więc tylko posłużyłam się Picassem i zmieniłam format plus dałam trochę nasycenia, bo zdjęcia wyglądały szarawo z początku (mój aparat zaczął się buntować, hehe). To skoro teraz dałam takie obrzezane z informacji sprawozdanie jak było mi na wyjeździe, to omówię wcześniej wspomniany "Dom pod Pękniętym Niebem". Można to uznać za mini recenzję, choć trudno ocenić mi tą książkę - dlaczego to już wyjaśniam.
Na początku zobaczyłam ją w Biedronce, bo akurat kosztowała 10 zł, więc czemu by jej nie wziąć. Od razu zakupiłam też drugi tom, głównie ze względu na ciekawy tytuł i oprawę graficzną (jest śliczna, pod koniec dam okładki wszystkich trzech książek z serii). Przeczytałam opis pierwszego tomu i pomyślałam - o, fajnie, może to być jakaś ciekawa, filozoficzna opowieść. Gdy wróciłam do domu i powierzchownie przejrzałam, uświadomiłam sobie, że jest polskiego autora (tak, bardzo szybki zapłon) i ma ilustracje na początku każdego rozdziału! Miłe zaskoczenie. Czytać zaczęłam ją dopiero na wyjeździe, a tu kolejne zaskoczenie - książka jest post apokaliptyczna i są w niej zombie. Nie czytałam żadnych recenzji ani opisów z internetu, więc tego się nie spodziewałam. Mogę to uznać za miłe zaskoczenie, bo lubię książki z zombie lu podobnymi stworzeniami... i jakoś wciągają mnie horrory dla młodzieży. Książka opowiada o 7 nastolatków, którzy pod przewodnictwem pół-Indianina Caseya wyruszają na biwak. Niby fabuła prosta, nieskomplikowana, można powiedzieć, że nawet trochę sztampowa. Ale nagle w nocy nastaje trzęsienie ziemi, a w lesie pojawiają się tajemnicze, nieludzkie istoty. Właśnie w tym momencie zaczyna się Koniec Świata, który wszyscy dobrze znaliśmy. Nie ma internetu, telewizji, światła ani żadnych zasad. Ocaleni nastolatkowie i przewodnik skrywają się w schronisku Fallsville (jeśli się nie mylę), ochrzczone później nazwą "Dom pod Pękniętym Niebem".
Ogólnie zaskoczyła mnie sama fabuła, bo nie tego się spodziewałam. Ale nie narzekam, bo akcja była wartka i nie nudziłam się podczas czytania tej książki. Bohaterowie zostali trochę zbyt przerysowani, a dialogi wydawały się sztuczne, ale dało się to przeboleć. Gdyby książka była dłuższa, zdecydowanie dałoby się wycisnąć z niej więcej. Nie jest to książka bardzo dobra technicznie, ale bardzo dobra jeśli szuka się czegoś lekkiego i szybkiego do przeczytania. Posiada wiele minusów, do których po prostu trzeba się przyzwyczaić i nie zwracać na nie uwagi.Obecnie jestem pod skończeniu drugiego tomu i zamierzam jak najszybciej dorwać trzeci o ostatni tom. Na koniec obiecane okładki zaprojektowane przez studio blackgear.
No więc to tyle z mojego bełkotu. Życzę wszystkim powodzenia, jeśli chodzi o szkoły i byle do wakacji.
czwartek, 30 lipca 2015
Niepokój, czyli jak prawie umarłam ze znudzenia
Mieliście w rękach kiedyś taką książkę, przy której sama myśl o czytaniu jej napawała was odrazą i niechęcią? Lecz postanowiliście dzielnie wytrwać przez cały tom, by skończyć historię opowiedzianą w tej książce. Ja miałam tak z "Niepokojem" Maggie Stiefvater i mogę powiedzieć jedno - żałuję czasu, jaki zmarnowałam na czytanie tej serii. Mam pożyczony od kuzynki 3 tom (już chyba od 2 lat), ale nie zamierzam go zaczynać. Z ręką na sercu mogę przyznać, że to najgorsza książka młodzieżowa, jaką czytałam.
Seria opowiada o nastolatce Grace, która od najmłodszych lat jest zainteresowana wilkami. Akurat mieszka przy lesie, w którym te stworzenia często polują. Pewnego dnia poznaje chłopaka o imieniu Sam. Spotyka go w dość nietypowym miejscu - na tarasie przy jej domu. W tamtym momencie jej życie wywraca się do góry nogami, bo odkrywa, że istnieją ludzie potrafiący zmieniać się w wilki. Fabuła niby banalna, dodatkowo dochodzi wątek romansu typu "znamy się od kilku minut, ale poświęciłabym dla ciebie życie" (syndrom Romeo i Julii, maybe).
Pierwszy tom nie był zły, choć słabo go pamiętam, gdyż styczność miałam z nim ok. 2 lata temu, kiedy czekałam w domu kuzynki na jej powrót. Wtedy, niczego jeszcze nieświadoma chwyciłam za ten tytuł i przeczytałam go w jeden dzień. W tamtym czasie nie przeszkadzały mi jeszcze wątki romansowe, jak to robią teraz, więc "Drżenie" zdało egzamin. Zadowolona z lektury spytałam kuzynki, czy mogę pożyczyć dwa pozostałe tomy. Jak pewnie możecie wywnioskować, zgodziła się. Za czytanie drugiego tomu zabrałam się krótko po przyjeździe do domu. Nie byłam zainteresowana kontynuacją historii opisanej w "Niepokoju", ani nie posiadał żadnych wygórowanych oczekiwań... i bardzo cieszę się, że nie miałam. Nie zawiodłam się drugim tomem serii, bo nic po nim nie oczekiwałam.
Oczywiście, jest to moja subiektywna opinia, więc nie musicie całkowicie przekreślać tej książki po mojej mini recenzji (ale polecam wam to zrobić). "Niepokój" oferuje nam dalsze losy Grace i Sam'a, dodatkowo dochodzi narracja ze strony Isabel i Cole'a - nowej postaci. Akcja ciągnęła się niemiłosiernie wolno, przez ostatnie strony po prostu tylko przeleciałam wzrokiem i czytałam same dialogi. Sam romans był denny i mnie denerwował. To, jak Grace nie mogła dać sobie rady bez sama nawet przez dwa dni... proszę cię dziewczyno. Koniec nie wywarł na mnie większego wrażenie, bo spodziewałam się go od początku. Akcja zapisana na 400 stronach mogłaby spokojnie zmieścić się na 200 stronicowej powieści.
Co do bohaterów... to nie było nikogo interesującego. Nikt nie przyciągnął mojej uwagi, nie zainteresowała mnie żadna historia związana z bohaterami. Nic. Null.
Daję tej powieści 3/10, tam na zachętę i ze względu na to, że autorka ma całkiem dobry styl. Nie polecam książki, bo czytanie jej to zwyczajne marnowanie czasu. Pierwszy tom jest całkiem całkiem... i na tym radzę się zatrzymać. Na chwilę żadnej książki nie czytało mi się tak źle, jak tej i nie zamierzam zabierać się za 3 tom. Może wspomnę jeszcze o okładkach - koncept dobry, ale wykonanie... bardzo ładny zimowy las, a na nim wklejone nie pasujące do niczego postacie i wilk. Grafik płakał jak projektował.
To tyle na dziś, mam nadzieję, że następny post będzie o czymś pozytywniejszym. W między czasie przeczytałam "Girl Online" i "Jedyną", więc może wrócę jeszcze kiedyś do tych książek. A teraz żegnam i życzę miłej drugiej połowy wakacji!
poniedziałek, 6 lipca 2015
Romeo, Romeo, czemu nie umiem pisać romansów.
Ameryka, kraj rozpuszczonych dzieciaków ze świetlaną przyszłością. Gdy przechadzasz się ulicami pięknego stanu, jakim jest Kalifornia, widzisz tylko nowoczesne domy z idealnymi ogródkami. Jedynym problemem jest to, że ogrody są sztuczne, tak jak rodziny mieszkające we wspaniałych posiadłościach. Wystarczy powiedzieć im coś o pieniądzach, a rzucą się na Ciebie jak wygłodniałe psy. Ten chory system działa już od dawna, a my możemy być tylko jego częścią. Media przedstawiają go jak coś idealnego. Bardzo dobrze wychodzi im ukrywanie złych stron mojego słonecznego stanu. Szkoda tylko, że ukrywanie prawdy nie zmieni faktu.
Nazywam się Julia i mieszkam w stanie Kalifornia, a dokładniej w części będącej „czarną owcą rodziny”, czyli w slumsach. Łatwo ich nie zauważyć, maskowane są przez ogromne domostwa z idealnymi rodzinami. Moja rodzina i dom są ich przeciwieństwami. Mieszkamy w zatęchłej kamienicy, jednak większość czasu spędzamy naszej kawiarni, będącej już na skraju bankructwa. Tego faktu bardzo uczepiła się firma zajmująca się nieruchomościami, która strasznie chce uświadomić nam, że interes niedługo upadnie i lepiej, gdybyśmy sprzedali budynek dla nich. Mają niezłe poczucie humoru, trzeba im to przyznać.
Pomimo wiszącej nad nami groźby bankructwa nie zamierzamy sprzedać naszego rodzinnego biznesu dla tych nadzianych gamoni. Może będziemy mieli przez to kłopoty, ale nie ulegniemy.
Problemy jednak zaczęły się od momentu, gdy wczoraj do mojego domu przyjechał lokaj i wręczył mi zaproszenie na przyjęcie do domu Montekich. Ach, nie zapomniałam wspomnieć, kto prowadzi wspomnianą firmę. Jej właścicielami są Maria i Robert Monteki. Podobno mają też syna, ale nigdy go nie widziałam i zbytnio się tym nie przejmuję. Im mniej mnie z nimi łączy, tym lepiej.
Zaproszenie informowało, że na przyjęcie trzeba przyjść w masce. Kolejny powód, dlaczego nie powinnam tam iść. O dziwo, tylko ja z rodziny dostałam zaproszenie, a nie mogłam zabrać dodatkowych towarzyszy. Matka mnie niemiło zaskoczyła, przynosząc swoją starą sukienkę ze studniówki i zwykłą, białą maskę. Okazało się, że tematem jej balu były, głupim zbiegiem okoliczności, maski karnawałowe.
Więc oto ja, Julia Kapulet, stoję teraz przed posiadłością Montekich, najgorszych wrogów mojej rodziny, ubrana w starą, pogniecioną sukienkę, trzymając w rękach pogniecione zaproszenie na przyjęcie. To z pewnością nie był mój wymarzony wieczór.
Przed wejściem powitał mnie ochroniarz, który wyglądał jak ktoś, ktoś przedawkował sterydy. Garnitur przez niego założony był zdecydowanie za mały, bo widać było, jak ciasno opina mięśnie na rękach, jakby materiał miał zaraz pęknąć. Podałam mu zaproszenie, a gdy skwitował mnie skinieniem głowy, szybko weszłam do wielkiego domu. Powitał mnie zapach dużej ilości perfum i spoconych ciał. Z każdej strony dobiegała głośna muzyka, zdecydowanie niepasująca do tematu imprezy. Po korytarzu biegały osoby w wymyślnych maskach i balowych sukienkach. Jako jedna z niewielu miałam na sobie coś krótszego, co teraz wydało mi się znacznym plusem, bo zaczynało robić się powoli duszno. Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie tę imprezę. Wydawało mi się, że trafię na elegancki bal, a spotkała mnie zwykła, młodzieżowa impreza.
Próbowałam przepchać się przez tłum, aby dotrzeć na górne piętro. Wcześniej zauważyłam tam balkon, a potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Co chwilę nadeptywałam na czyjąś sukienkę lub wytrącałam drinka z dłoni. Moim jedynym pragnieniem w tamtym momencie było wydostać się ze zlepki śmierdzących ciał.
Po trupach do celu dotarłam z trudem na górne piętro. Było tam mniej ludzi i powietrze od razu się przerzedziło. Wzięłam kilka głębokich wdechów i wydechów, po czym poszłam szukać balkonu. Otwierałam każde drzwi po kolei, czasami trafiając na niespodziewanego gościa w środku, lub nawet kilku. W żadnym z nich nie znalazłam jednak balkonu. Zrezygnowana próbowałam nacisnąć klamkę ostatniego pokoju, lecz ta była zablokowana. Nacisnęłam na nią z całej siły, ale to nic nie dało. Po kilku próbach poddałam się i wyjrzałam przez okno w korytarzu.
Księżyc pięknie oświetlał ogród Montekich, który, trzeba przyznać, robił wrażenie. Idealnie przystrzyżone krzewy tworzyły spirale lub proste stożki, idealnie ze sobą współgrając. Tył domu porośnięty był bluszczem. Wyglądał naturalniej od wszystkich zasadzonych kwiatów i drzew w ogrodzie, jakby nadal rósł w dziczy. Nadawał domowi element fantastyczny, odrywający go od realnego świata. Zauważyłam kilka róż kwitnących razem z bluszczem. Na środku ogrodu stała kamienna ławka, na którą wprost padało światło księżyca. Nie mogłam dostrzec reszty, bo okno umiejscowiono za wysoko i miało mały rozmiar.
Nagle w korytarzy coś huknęło. Obróciłam się przerażona i spostrzegłam, że huk spowodowały drzwi, które wcześniej próbowałam otworzyć, ale wydawały się zamknięte. Zajrzałam dyskretnie do środka i ujrzałam mój cel – balkon. Weszłam do pokoju i rozejrzałam się. Wszędzie wisiały piękne obrazy, a meble zrobione były w stylu z XVI wieku. Przy jednej ze ścian umieszczone było ogromne łoże, niczym jak dla księżniczki. Na jednym z filarów wyryty był napis „Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył ran”. Cytat wydawał mi się znajomy, ale nie zagłębiałam się w powód, przez który go kojarzę.
Po sprawdzeniu, czy nikt ukryty nie siedzi w pokoju uchyliłam drzwi na balkon i wyszłam. Świeże powietrze wypełniło moje płuca i wreszcie mogłam zaczerpnąć tchu. Oparłam się o poręcz i zamierzałam już ściągać maskę, gdy usłyszałam zza moich pleców czyjś głos.
- Któż wstąpił na ziemię zakazaną?
Z początku nie mogłam dostrzec, kto to powiedział. Przeczesałam wzrokiem pokój i obróciłam się w stronę ogrodu. Nie zauważyłam wcześniej, że balkon, pomimo, że był na pierwszym piętrze to znajdował się całkiem blisko ziemi. Po chwili zza krzaków wyłoniła się postać, lecz księżyc nie oświetlał jej twarzy. Postać nie ciągnęła za sobą jednak długiej sukni, a jej głos definitywnie należał do chłopaka. Z początku chciałam uciec, nawet do tego się przymierzałam, ale znowu zatrzymał mnie głos nieznajomego.
- Czekaj! Nie odchodź.
Zatrzymałam się i obróciłam się w momencie, gdy na chłopaka padło światło księżyca. Teraz dobrze widziałam jego twarzy i strój. Wyglądał na kogoś w moim wieku, twarz miał pozbawioną zmarszczek, jedynie marszczył czoło, co dodawało mu wyjątkowego uroku. Patrzył na mnie z tęsknotą w oczach, jakbyśmy już kiedyś się spotkali. Delikatne zagryzał dolną wargę, wyglądał na zdenerwowanego. Nosił zwykłą, białą koszulę i dół od garnituru. Możliwe, że wcześniej miał też marynarkę, ale ściągnął ją prawdopodobnie z powodu gorąca, jakie panowała wewnątrz domu.
- Jak zdołałaś wejść do tego pokoju?
Słowa ugrzęzły mi w gardle. Chciałam mu powiedzieć, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wpatrywała się tylko pusto w chłopaka, a moje serce zaczynało coraz szybciej bić. Musiałam zebrać się do kupy, bo uznałby mnie za wariatkę. Skupiłam wzrok na ławce w ogrodzie i przełknęłam ślinę.
- W- w-iatr… wywarzył drzwi… - Nie mogłam powstrzymać drżenia w moim głosie.
Nie wiedziałam, co sprawiło, że tak się denerwowałam. Zwykle byłam opanowaną osobę, wtedy jednak czułam ogarniającą mnie panikę. Szukałam przyczyny mojego zdenerwowania, nadal próbując nie patrzyć na obcego chłopaka.
- Może to nie przypadek? – Ton głosu, jakim wypowiedział to zdanie, mimowolnie zmusił mnie jeszcze raz do skupienia wzroku na chłopaku. Uśmiechał się lekko, a jego oczy błyszczały się jak gwiazdy na nocnym niebie.
- Jak… jak masz na imię? – Opanowałam częściowo drżenie w moim głosie.
- Romeo Monteki, a ty pewnie jesteś Julia, prawda? – Sposób, w jaki wypowiedział moje imię przyprawiło mnie o dreszcz ekscytacji. – Wyglądasz piękniej, niż mówili.
Znowu nie mogłam nic powiedzieć. Czułam, jak oblewa mnie rumieniec, więc naciągnęłam maskę jeszcze bardziej na twarz. Całą scenografia wydawała się oderwana od rzeczywistości. Dopiero w tamtym momencie zorientowałam się, że po lewej stronie rośnie bluszcz z różami, ten sam widziany przeze mnie wcześniej w oknie. Ja stojąca na balkonie, ubrana w skromną sukienkę i maskę, piękny chłopak stojący pod balkonem, który zna moje imię i uważa mnie za piękną, światło księżyca okalające jego twarz. I fakt, że jest synem moich wrogów.
- Skąd znasz moje imię? – Słowa same wymknęły mi się z ust.
- Rodzice mówili mi, że zaprosili cię na to przyjęcie, ale nie byli pewni, czy przyjdziesz. Cieszę się jednak, że to zrobiłaś, Chciałem cię poznać.
- Nie powinieneś się mną interesować, nasz rodziny nie są do siebie przyjaźnie nastawione. – Nie chciałam tego mówić, ale słowa same napływały. Zakrywały moje prawdziwe myśli, nie pozwalając wyrazić emocji, które w sobie skrywałam. – To niebezpieczna znajomość.
- Nie wszystko co dobre, jest bezpieczne. – Ściągnął brwi. – Dla ciebie mógłbym zrzec się nazwiska.
- Dopiero mnie poznałeś, jak możesz być takie pewny? – Wiedziałam, że może, bo ja też byłabym zdolna to zrobić. Nie wiem, czemu Romeo tak mnie zauroczył i przyciągał do siebie.
- Tak, dopiero cię poznałem, ale wydajesz mi się znajoma, jakbyśmy już dawno się znali.
- Więc kochasz mnie?
Nie wierzyłam, że powiedziałam to na głos. Pytanie ukrywające się w zakamarkach mojej głowy wypełzło z niej niespodziewanie. Całą oblałam się rumieńcem i obróciłam głowę. Wszystkie moje uczucia wydawały mi się dziwne, nagłe… ale prawdziwe.
- Odpowiem ci tylko, jak zdejmiesz maskę. – Romeo przeciągnął palcami po swojej, zawieszonej na pasku spodni.
Nie chciałam zdejmować maski. Nie chciałam, aby zobaczył moją twarz, które płonęła teraz ze zawstydzenia i ekscytacji. Mogłam też łatwiej skrywać emocję, a bez niej stałabym się zupełnie goła. Nie mogłam zatrzymać jednak ręki wędrującej powoli to mojej głowy i ściągającej maskę. Uwalniając przy tym moje spięte włosy. Na moment poczułam się jak prawdziwa księżniczka, stojąc na balkonie, gdy za mną znajdował się przepiękny, pewnie stary pokój.
- Przysięgam na księżyc, że nigdy nie widziałem kogoś tak równie pięknego jak ty i tak szybko kogoś nie pokochałem.
- Nie przysięgaj na nic, udowodnij swoje uczucie. – Nie chciałam, aby mój głos brzmiał tak szorstko, jednak pragnęłam, aby udowodnił swa miłość.
- A więc, jak mogę to zrobić? – Na jego twarzy odmalowało się prawdziwe zatroskanie i determinacja.
Wpadłam na pewien pomysł.
- Przyjdź jutro do mojej piekarni, nie zważając na rodzinę i bez uczucia wstydu spędź ze mną dzień. Jej adres pewnie jest ci znany. – Romeo przytaknął. – To jedyne, czego od ciebie wymagam.
- Przyjdę, powiedz jeszcze tylko, o której godzinie?
- Piekarnię otwieramy od dziewiątej, przyjdź godzinę później.
Myślałam, że serce zaraz rozedrze mi klatkę piersiową. Całą mnie wypełniło bezgraniczne szczęście, euforia pozytywnych emocji. Napełniła mnie wiara, że jednak będzie dobrze.
- Żegnaj, Julio, do zobaczenia, nie rozstawałbym się z tobą, ale niestety nie mogę tego uczynić.
Poczułam nieprzyjemnie ukucie w klatce piersiowej. Zignorowałam je, próbując dopuścić do siebie tylko te pozytywne emocje. Słyszałam jednak swoje drżenie w głosie, gdy mówiłam.
- Żegnaj Romeo, niech to pożegnanie nie będzie ostatnim.
Odszedł, dygając przede mną, a ja szybko wyszłam z pokoju i wybiegłam z posiadłości Montekich. Ludzie, którzy jeszcze chodzili po ulicach miasta, patrzyli na mnie z politowaniem, albo jak na wariatkę. Nie dziwiłam im się, bo sama zdawałam sobie sprawę, że oszalałam.
Oszalałam z miłości.
Nazywam się Julia i mieszkam w stanie Kalifornia, a dokładniej w części będącej „czarną owcą rodziny”, czyli w slumsach. Łatwo ich nie zauważyć, maskowane są przez ogromne domostwa z idealnymi rodzinami. Moja rodzina i dom są ich przeciwieństwami. Mieszkamy w zatęchłej kamienicy, jednak większość czasu spędzamy naszej kawiarni, będącej już na skraju bankructwa. Tego faktu bardzo uczepiła się firma zajmująca się nieruchomościami, która strasznie chce uświadomić nam, że interes niedługo upadnie i lepiej, gdybyśmy sprzedali budynek dla nich. Mają niezłe poczucie humoru, trzeba im to przyznać.
Pomimo wiszącej nad nami groźby bankructwa nie zamierzamy sprzedać naszego rodzinnego biznesu dla tych nadzianych gamoni. Może będziemy mieli przez to kłopoty, ale nie ulegniemy.
Problemy jednak zaczęły się od momentu, gdy wczoraj do mojego domu przyjechał lokaj i wręczył mi zaproszenie na przyjęcie do domu Montekich. Ach, nie zapomniałam wspomnieć, kto prowadzi wspomnianą firmę. Jej właścicielami są Maria i Robert Monteki. Podobno mają też syna, ale nigdy go nie widziałam i zbytnio się tym nie przejmuję. Im mniej mnie z nimi łączy, tym lepiej.
Zaproszenie informowało, że na przyjęcie trzeba przyjść w masce. Kolejny powód, dlaczego nie powinnam tam iść. O dziwo, tylko ja z rodziny dostałam zaproszenie, a nie mogłam zabrać dodatkowych towarzyszy. Matka mnie niemiło zaskoczyła, przynosząc swoją starą sukienkę ze studniówki i zwykłą, białą maskę. Okazało się, że tematem jej balu były, głupim zbiegiem okoliczności, maski karnawałowe.
Więc oto ja, Julia Kapulet, stoję teraz przed posiadłością Montekich, najgorszych wrogów mojej rodziny, ubrana w starą, pogniecioną sukienkę, trzymając w rękach pogniecione zaproszenie na przyjęcie. To z pewnością nie był mój wymarzony wieczór.
Przed wejściem powitał mnie ochroniarz, który wyglądał jak ktoś, ktoś przedawkował sterydy. Garnitur przez niego założony był zdecydowanie za mały, bo widać było, jak ciasno opina mięśnie na rękach, jakby materiał miał zaraz pęknąć. Podałam mu zaproszenie, a gdy skwitował mnie skinieniem głowy, szybko weszłam do wielkiego domu. Powitał mnie zapach dużej ilości perfum i spoconych ciał. Z każdej strony dobiegała głośna muzyka, zdecydowanie niepasująca do tematu imprezy. Po korytarzu biegały osoby w wymyślnych maskach i balowych sukienkach. Jako jedna z niewielu miałam na sobie coś krótszego, co teraz wydało mi się znacznym plusem, bo zaczynało robić się powoli duszno. Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie tę imprezę. Wydawało mi się, że trafię na elegancki bal, a spotkała mnie zwykła, młodzieżowa impreza.
Próbowałam przepchać się przez tłum, aby dotrzeć na górne piętro. Wcześniej zauważyłam tam balkon, a potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Co chwilę nadeptywałam na czyjąś sukienkę lub wytrącałam drinka z dłoni. Moim jedynym pragnieniem w tamtym momencie było wydostać się ze zlepki śmierdzących ciał.
Po trupach do celu dotarłam z trudem na górne piętro. Było tam mniej ludzi i powietrze od razu się przerzedziło. Wzięłam kilka głębokich wdechów i wydechów, po czym poszłam szukać balkonu. Otwierałam każde drzwi po kolei, czasami trafiając na niespodziewanego gościa w środku, lub nawet kilku. W żadnym z nich nie znalazłam jednak balkonu. Zrezygnowana próbowałam nacisnąć klamkę ostatniego pokoju, lecz ta była zablokowana. Nacisnęłam na nią z całej siły, ale to nic nie dało. Po kilku próbach poddałam się i wyjrzałam przez okno w korytarzu.
Księżyc pięknie oświetlał ogród Montekich, który, trzeba przyznać, robił wrażenie. Idealnie przystrzyżone krzewy tworzyły spirale lub proste stożki, idealnie ze sobą współgrając. Tył domu porośnięty był bluszczem. Wyglądał naturalniej od wszystkich zasadzonych kwiatów i drzew w ogrodzie, jakby nadal rósł w dziczy. Nadawał domowi element fantastyczny, odrywający go od realnego świata. Zauważyłam kilka róż kwitnących razem z bluszczem. Na środku ogrodu stała kamienna ławka, na którą wprost padało światło księżyca. Nie mogłam dostrzec reszty, bo okno umiejscowiono za wysoko i miało mały rozmiar.
Nagle w korytarzy coś huknęło. Obróciłam się przerażona i spostrzegłam, że huk spowodowały drzwi, które wcześniej próbowałam otworzyć, ale wydawały się zamknięte. Zajrzałam dyskretnie do środka i ujrzałam mój cel – balkon. Weszłam do pokoju i rozejrzałam się. Wszędzie wisiały piękne obrazy, a meble zrobione były w stylu z XVI wieku. Przy jednej ze ścian umieszczone było ogromne łoże, niczym jak dla księżniczki. Na jednym z filarów wyryty był napis „Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył ran”. Cytat wydawał mi się znajomy, ale nie zagłębiałam się w powód, przez który go kojarzę.
Po sprawdzeniu, czy nikt ukryty nie siedzi w pokoju uchyliłam drzwi na balkon i wyszłam. Świeże powietrze wypełniło moje płuca i wreszcie mogłam zaczerpnąć tchu. Oparłam się o poręcz i zamierzałam już ściągać maskę, gdy usłyszałam zza moich pleców czyjś głos.
- Któż wstąpił na ziemię zakazaną?
Z początku nie mogłam dostrzec, kto to powiedział. Przeczesałam wzrokiem pokój i obróciłam się w stronę ogrodu. Nie zauważyłam wcześniej, że balkon, pomimo, że był na pierwszym piętrze to znajdował się całkiem blisko ziemi. Po chwili zza krzaków wyłoniła się postać, lecz księżyc nie oświetlał jej twarzy. Postać nie ciągnęła za sobą jednak długiej sukni, a jej głos definitywnie należał do chłopaka. Z początku chciałam uciec, nawet do tego się przymierzałam, ale znowu zatrzymał mnie głos nieznajomego.
- Czekaj! Nie odchodź.
Zatrzymałam się i obróciłam się w momencie, gdy na chłopaka padło światło księżyca. Teraz dobrze widziałam jego twarzy i strój. Wyglądał na kogoś w moim wieku, twarz miał pozbawioną zmarszczek, jedynie marszczył czoło, co dodawało mu wyjątkowego uroku. Patrzył na mnie z tęsknotą w oczach, jakbyśmy już kiedyś się spotkali. Delikatne zagryzał dolną wargę, wyglądał na zdenerwowanego. Nosił zwykłą, białą koszulę i dół od garnituru. Możliwe, że wcześniej miał też marynarkę, ale ściągnął ją prawdopodobnie z powodu gorąca, jakie panowała wewnątrz domu.
- Jak zdołałaś wejść do tego pokoju?
Słowa ugrzęzły mi w gardle. Chciałam mu powiedzieć, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wpatrywała się tylko pusto w chłopaka, a moje serce zaczynało coraz szybciej bić. Musiałam zebrać się do kupy, bo uznałby mnie za wariatkę. Skupiłam wzrok na ławce w ogrodzie i przełknęłam ślinę.
- W- w-iatr… wywarzył drzwi… - Nie mogłam powstrzymać drżenia w moim głosie.
Nie wiedziałam, co sprawiło, że tak się denerwowałam. Zwykle byłam opanowaną osobę, wtedy jednak czułam ogarniającą mnie panikę. Szukałam przyczyny mojego zdenerwowania, nadal próbując nie patrzyć na obcego chłopaka.
- Może to nie przypadek? – Ton głosu, jakim wypowiedział to zdanie, mimowolnie zmusił mnie jeszcze raz do skupienia wzroku na chłopaku. Uśmiechał się lekko, a jego oczy błyszczały się jak gwiazdy na nocnym niebie.
- Jak… jak masz na imię? – Opanowałam częściowo drżenie w moim głosie.
- Romeo Monteki, a ty pewnie jesteś Julia, prawda? – Sposób, w jaki wypowiedział moje imię przyprawiło mnie o dreszcz ekscytacji. – Wyglądasz piękniej, niż mówili.
Znowu nie mogłam nic powiedzieć. Czułam, jak oblewa mnie rumieniec, więc naciągnęłam maskę jeszcze bardziej na twarz. Całą scenografia wydawała się oderwana od rzeczywistości. Dopiero w tamtym momencie zorientowałam się, że po lewej stronie rośnie bluszcz z różami, ten sam widziany przeze mnie wcześniej w oknie. Ja stojąca na balkonie, ubrana w skromną sukienkę i maskę, piękny chłopak stojący pod balkonem, który zna moje imię i uważa mnie za piękną, światło księżyca okalające jego twarz. I fakt, że jest synem moich wrogów.
- Skąd znasz moje imię? – Słowa same wymknęły mi się z ust.
- Rodzice mówili mi, że zaprosili cię na to przyjęcie, ale nie byli pewni, czy przyjdziesz. Cieszę się jednak, że to zrobiłaś, Chciałem cię poznać.
- Nie powinieneś się mną interesować, nasz rodziny nie są do siebie przyjaźnie nastawione. – Nie chciałam tego mówić, ale słowa same napływały. Zakrywały moje prawdziwe myśli, nie pozwalając wyrazić emocji, które w sobie skrywałam. – To niebezpieczna znajomość.
- Nie wszystko co dobre, jest bezpieczne. – Ściągnął brwi. – Dla ciebie mógłbym zrzec się nazwiska.
- Dopiero mnie poznałeś, jak możesz być takie pewny? – Wiedziałam, że może, bo ja też byłabym zdolna to zrobić. Nie wiem, czemu Romeo tak mnie zauroczył i przyciągał do siebie.
- Tak, dopiero cię poznałem, ale wydajesz mi się znajoma, jakbyśmy już dawno się znali.
- Więc kochasz mnie?
Nie wierzyłam, że powiedziałam to na głos. Pytanie ukrywające się w zakamarkach mojej głowy wypełzło z niej niespodziewanie. Całą oblałam się rumieńcem i obróciłam głowę. Wszystkie moje uczucia wydawały mi się dziwne, nagłe… ale prawdziwe.
- Odpowiem ci tylko, jak zdejmiesz maskę. – Romeo przeciągnął palcami po swojej, zawieszonej na pasku spodni.
Nie chciałam zdejmować maski. Nie chciałam, aby zobaczył moją twarz, które płonęła teraz ze zawstydzenia i ekscytacji. Mogłam też łatwiej skrywać emocję, a bez niej stałabym się zupełnie goła. Nie mogłam zatrzymać jednak ręki wędrującej powoli to mojej głowy i ściągającej maskę. Uwalniając przy tym moje spięte włosy. Na moment poczułam się jak prawdziwa księżniczka, stojąc na balkonie, gdy za mną znajdował się przepiękny, pewnie stary pokój.
- Przysięgam na księżyc, że nigdy nie widziałem kogoś tak równie pięknego jak ty i tak szybko kogoś nie pokochałem.
- Nie przysięgaj na nic, udowodnij swoje uczucie. – Nie chciałam, aby mój głos brzmiał tak szorstko, jednak pragnęłam, aby udowodnił swa miłość.
- A więc, jak mogę to zrobić? – Na jego twarzy odmalowało się prawdziwe zatroskanie i determinacja.
Wpadłam na pewien pomysł.
- Przyjdź jutro do mojej piekarni, nie zważając na rodzinę i bez uczucia wstydu spędź ze mną dzień. Jej adres pewnie jest ci znany. – Romeo przytaknął. – To jedyne, czego od ciebie wymagam.
- Przyjdę, powiedz jeszcze tylko, o której godzinie?
- Piekarnię otwieramy od dziewiątej, przyjdź godzinę później.
Myślałam, że serce zaraz rozedrze mi klatkę piersiową. Całą mnie wypełniło bezgraniczne szczęście, euforia pozytywnych emocji. Napełniła mnie wiara, że jednak będzie dobrze.
- Żegnaj, Julio, do zobaczenia, nie rozstawałbym się z tobą, ale niestety nie mogę tego uczynić.
Poczułam nieprzyjemnie ukucie w klatce piersiowej. Zignorowałam je, próbując dopuścić do siebie tylko te pozytywne emocje. Słyszałam jednak swoje drżenie w głosie, gdy mówiłam.
- Żegnaj Romeo, niech to pożegnanie nie będzie ostatnim.
Odszedł, dygając przede mną, a ja szybko wyszłam z pokoju i wybiegłam z posiadłości Montekich. Ludzie, którzy jeszcze chodzili po ulicach miasta, patrzyli na mnie z politowaniem, albo jak na wariatkę. Nie dziwiłam im się, bo sama zdawałam sobie sprawę, że oszalałam.
Oszalałam z miłości.
czwartek, 25 czerwca 2015
You can't fight the friction
Dupek.
Idiota. Gamoń.
Nie rozumiem, po co wydał to zarządzenie. Nic
mu nie daje, a nam zabiera. Mam ochotę rozszarpać go własnymi, martwymi rękami.
Najgorsze jest to, że nikt się tym nie przejmuje. Wzruszają tylko ramionami.
Jak mogą nie czuć utraty resztek wolności?
Ach, zapomniałam. Oni nigdy jej nie mieli.
Teraz, gdy
stoję przed Bramą Bogów, aby wygarnąć mu, co o tym wszystkim myślę, cała
pewność siebie mnie opuściła. Porwałam się na głęboką wodę i powoli tonę.
Nienawidzę tych przebłysków człowieczeństwa. Wtedy staję się słaba. Zamykam się
w sobie. I powoli dryfuje przy dnie.
Poczułam się, jakby ktoś nagle oblał mnie
lodowatą wodą. Otworzyłam oczy, ale nie widziałam nic poza ściskającą i duszącą
mnie ciemnością. Powoli zaczynało mi brakować tchu, więc powinnam zacząć się
dusić. Ale tak się nie dzieje. Zamiast tego z mojej piersi dobywa się
przerażający krzyk, który rozrywa mi bębenki. Czuję krew w ustach, ściekającą z
mojego podniebienia przebitego setkami małych, ostrych kłów. Nie jestem zdolna
zamknąć ust, bo uzębienie coraz mocniej przebija moją cienką skórę, wywołując
niesamowity ból. Nie mogę go wytrzymać. Zaciskam palce na twarzy i zwierzęcymi
pazurami rozrywam policzki, a następnie przechodzę do oczu. Niemiłosiernie boli mnie odrywana skóra i
słyszę, jak krzyczę w agonii. Wydłubuję sobie gałki oczne, a galaretowata,
przezroczysta maź wymieszana z krwią spływa mi prosto do ust. Mam ochotę zwymiotować,
ale nie jestem w stanie tego zrobić. Coraz większy ból ogarnia moje całe ciało,
a ja go nie wytrzymuję.
Walę nieludzkimi dłońmi w niewidzialne ściany
otaczające mnie ze wszystkich stron. Znajduje się na nich coś w rodzaju druta
kolczastego, ale z taką różnicą, że jest tak gorące, jakbyś za jednym
dotknięciem płonął żywcem. Szybko i dziko jak zwierzę rzucam całym ciałem na
ścianę i przebijam nabrzmiałą skórę. Po chwili nabijania i wyrywania skóry
rozpalonymi drutami krew wypełnia każdą część mojego ciała. Nie mogę zdusić w
sobie suchego szlochu.
Później tylko padam głucho na podłogę.
Wstałam, choć ledwo mogłam utrzymać się na
nogach. Poczułam ten znajomy zapach stęchlizny i zgniłego mięsa. Była jeszcze
jedna woń, która dobiegała ode mnie – zapach dymu. Blizny na moim ciele piekły
skórę, jednak przyzwyczaiłam się już do takiego rodzaju bólu. Jak za każdym
razem moją szyję krępował zardzewiały łańcuch. Wbijające się w podniebienie kły
też nie były przyjemnym elementem.
Wiedziałam,
że zwykli ludzie widzieli tylko dwie czarne, smoliste dziury na miejscu moich
oczu, jednak widziałam wszystko wyraźne i przejrzyście. Splątane, popielate
włosy okalał wianek z wielkim, jelenim porożem. Niezbyt praktyczne, ale
przynajmniej ładnie wygląda. Miałam jeszcze założoną białą, porwaną sukienkę do
kolan. Moje ręce i stopy rozkładały się na części pierwsze, gdzieniegdzie nawet
wystawały kości.
Panowanie nad postacią ducha nie jest moją
najlepszą stroną, dlatego Bogowie postanowili dać mi wielki nóż, który wbijam w
ścianę i poruszam się przez korytarze opuszczonego domu. Taki tasak daje też
niezły efekt, odstraszając przy tym żądnych przeżyć nastolatków.
Ach, przepraszam za takie chaotyczne ułożenie
myśli.
Zaczęło się rozporządzenia, które wydał
Kserion - mieliśmy porzucić wszystko, co było związane z naszym dawnym
życiem. Ubrania, wspomnienia, imienia.
Wszystko, co trzymało nas choć odrobinę człowieczeństwa. Nikt jednak nie protestował, oprócz mnie i
paru osób. Chciałam udać się na „skargę”, lecz przed wejściem do siedziby Bogów
ktoś na Ziemi użył Wezwania. Gdy ktoś go użyje, nasze dusze sprowadzane są do
powłok duchów w świecie ludzi, a każdy przechodzi proces przejścia inaczej.
Gdzieś pośrodku Czyśćca i Ziemi nastaje moment, kiedy przybieramy prawie
cielesną formę, w której możemy poruszać się po przypisanym nam terenie. Mówiąc
o nas, mam na myśli Zniewolonych. Wspominałam wcześniej o tym, że musimy się z
czymś takim mierzyć, ale nie każdy przechodzi przez to tak boleśnie jak ja.
Można się przyzwyczaić do rozrywającego cie bólu, to jedyne pocieszenie jakie
mam.
Zniewoleni mogą przybrać czasami więcej niż jedną
formę na Ziemi. To zależne jest od tego, jak wyobrażają sobie twoją postać
ludzie. Pewnie słyszeliście o Krwawej Mary – tak, to nie tylko legenda –
istnieją o niej dwa podania. W pierwszym po wykonaniu odpowiednich czynności w
lustrze pokaże ona twarz przyszłego małżonka albo czaszkę, a w innym po
odprawieniu rytuału osoby biorące w nim udział narażone najczęściej na śmierć.
To, w jakiej formie przybędzie na Ziemię, zależy od ludzi, którzy przywołają tę
wersję, jaką chcą ujrzeć. Nie możemy jednak zadawać fizycznego bólu, więc ta
druga wersja Mary najwyżej ześle na ciebie przerażające wizje.
Ze mną jest podobnie, mogę przybrać dwie
wersje. Jedną z nich opisywałam wcześniej, to postać małej dziewczynki bez ręki
i dwóch nóżek, powiązana z legendą o Ruby Roosevelt, którą posądzano o
wymordowanie całej swojej rodziny. Po dokonanej zbrodni została rozerwana przez
dzikie koty. Nigdy nie ustalono, czy to prawda, ale dzięki tym pogłoska
narodziła się legenda. W tej wersji Ruby nawiedza swój rodzinny dom, a każdy,
kto wkroczy do domu z kotem zostanie rozerwany na strzępy.
Druga wersja nie ma dokładniej genezy, lecz
podobno w niej Ruby nie była morderczynią, a ofiarą, którą zabito ozdobnym
porożem jelenia. Przebito jej klatkę piersiową i oczy. Później ciało spalono,
by nikt nie mógł znaleźć dowodów, że popełniono jakąkolwiek zbrodnie. Wezwanie
następuje poprzez przyniesienie jelenich rogów i podpalenie ich.
Nie przepadam za ludźmi, którzy mnie Wzywają.
wtorek, 9 czerwca 2015
Anyone looking for a paradise lost
Bonjuor, mili państwo. Nie, dzisiaj nie będzie nic o Francji. Wakacje tuż za rogiem, a chęci coraz mniej. Coś tam się pisze, coś tam rysuje, ale umysł już sięga wakacji. Chciałam pokazać wam kilka rysunków sprzed około miesiąca, bo w sumie nie mam przygotowanego żadnego innego tematu na dzisiaj. Opowiadania też nie mam, chociaż... w sumie mam jedno, ale zatrzymam go na później (": (((mam zdecydowanie za dużo opowiadań na głowie tbh))). Ale przejdźmy już do rysunków, bo po kilku postach, gdzie męczyłam was moim pisaniem, teraz przyszedł czas na męczenie was rysunkami.
Wrzucam tutaj mój zbiór rysunków z dA. Jak widać są na nim dwa liście, które wam już pokazywałam. Od górnego lewego rogu - moja OC Canis Ezo, OC Czikority Olivia Puppy, moja zaadoptowana syrenka, córka Yuki-onny Trefla, Liść w dżapańskim mundurku, niżej sailor Liść, paintowa główka demona, moja OC Iazumi, randomowa dziewczyna, chibi Varii, szybka paintowa główka Chiyuki z Death Parade, a dziewczyna i stworek to też moje OC. Wiele z tych rysunków ma jakieś 3-4 miesiące. Niestety nie mam żadnych nowszych rysunków, ponieważ jestem zbyt leniwa, aby udać się do drukarki :''D
Niedokończony projekt stroju mojej OC, Agnes Reivo. Robiłam go w paincie, ponieważ na laptopie nie mam żadnego innego programu graficznego.
Basic Agnes. Muszę przyznać, że jestem dumna ze skrzydeł, ale zwaliłam twarz (':
Basic mojej OC, Faith. Robione jeszcze zanim kupiłam sobie tablet graficzny.
Pewnie znalazłyby się jeszcze po drodze jakieś bazgroły, jednak po remoncie pokoju zostałam z laptopem, na którym nic nie mam. Częstotliwość postów powinna poprawić się, gdy zdobędę nowy komputer, czyli tak gdzieś w wakacje. Na dzisiaj to wszystko, żegnam was, satis verborum.
Niedokończony projekt stroju mojej OC, Agnes Reivo. Robiłam go w paincie, ponieważ na laptopie nie mam żadnego innego programu graficznego.
Basic mojej OC, Faith. Robione jeszcze zanim kupiłam sobie tablet graficzny.
Pewnie znalazłyby się jeszcze po drodze jakieś bazgroły, jednak po remoncie pokoju zostałam z laptopem, na którym nic nie mam. Częstotliwość postów powinna poprawić się, gdy zdobędę nowy komputer, czyli tak gdzieś w wakacje. Na dzisiaj to wszystko, żegnam was, satis verborum.
poniedziałek, 11 maja 2015
Książki - z czym to się je?
Hello wszystkim, dzisiaj przychodzę do was z taką moja mini opinią na pewien często poruszany temat - czy warto czytać książki? Od razu na wstępie powiem prosto - tak. Tu już nawet nie chodzi o inne poglądy na świat czy inne takie bajery, książki są jednym z najpiękniejszych rzeczy, jakie stworzyli ludzie. Ale bez przedłużania przedstawię wam kilka faktów, które to potwierdzą.
Czytanie uczy wrażliwości
Niektórym może wydać się to dziwne, jednak dla mnie jest to najważniejsza rzecz, jaką czynią książki - uczą nas myśleć samodzielnie, uczą nas dostrzegać inaczej świat. Dzisiaj mamy do wyboru wiele gatunków, od horrorów do książki dla dzieci i każda z nich może nas czegoś nauczyć. Zaczynamy cenić słowo i przesłanie, jakie może być w nim zawarte. Nawet ze zwykłej książki dla dzieci możemy poznać delikatność i dobro, z jakiego składa się dziecięcy świat. Przez książki nie raz już przekazywane są pozytywne myśli i rady, ważne lekcje, których czasami po prostu nie mamy jak się nauczyć. Może nie zauważycie tego od razu, ale z książką na książkę podejdziecie do paru spraw inaczej, zaczniecie zauważać rzeczy wcześniej dla was niewidoczne, a teraz tak oczywiste. Nie musicie czytać od razu jakiś głębokich rozpraw filozoficznych, dobra książka zawiera zawsze w sobie jakieś prawdy.
Jeżeli nie zaakceptuje Cię realny świat, książki to zrobią
Teraz pewnie niektórzy powiedzieliby - "Ale przecież trzeba się socjalizować, wychodzić do ludzi!". No tak, człowiek jest stworzeniem potrzebującym kontaktu z innymi, ale nie każdy ma tyle szczęścia, by tych innych mieć. Są osoby odtrącone od społeczności, choć tak naprawdę są wyjątkowo idealni. Jednak światem od lat rządzi zasada "normalności" i każdy, kto się wyróżnia, jest wyrzucany ze społeczeństwa. Na przestrzeni lat jednak ta zasada powoli zanika za zasługą wielu ludzi walczących o prawa innych. Lecz nie zawsze można pomóc wszystkim i znajdują się osoby skazane tylko na siebie. Wtedy do życia warto wprowadzić książki. Książki nie ocenią cię po wyglądzie, kolorze skóry czy płci. Książki zaakceptują Cię i dadzą nowy świat, w którym masz szansę się odnaleźć. Pomogą przetrwać Ci trudny okres, pozwalając na wejście do ich świata i zatopienia się w nim. I nie ma w tym kompletnie nic złego. Każdy jest inny i musimy o tym pamiętać.
Książki uczą nie tylko czuć
Tak jak wcześniej wspominałam, czytanie uczy wrażliwości, dostrzegania świata inaczej. To jednak nie wszystko, czego możesz się z nich nauczyć. Akceptacja, tolerancja, asertywność - to jedne z wielu rzeczy i cech, których nabędziesz. Nie zapominajmy też o jeszcze jednej sprawie - większym zasobie słów i ortografii. Sama doświadczyłam na własnej skórze, jak czytanie w tym pomaga. Większy zasób słów może nie wydawać się czymś potrzebnym, ale prędzej czy później Ci się przyda. Wypracowania szkolne, podania o prace, same wypełnianie papierów w biurze - słowa towarzyszą nam wszędzie, a im więcej ich znamy, tym więcej mamy dostępnych nowych horyzontów. Co do ortografii - chyba każdy będzie miał szacunek do kogoś, kto nie będzie pisał "gura" lub "wkrutce", prawda?
Ale przecież na książki marnuje się drewno...
...tak jak na wiele innych rzeczy w życiu codziennym
Zawsze będzie śmieszyć mnie argument typu "ale na książki marnuje się drewno". Nie oszukujmy się, marnujemy w swoim życiu wiele rzeczy, pieniądze, światło, wodę i inne takie. Drewno jest wyczerpywalne i mimo wszystko potrzebne w tych czasach. Jednak przypominam, że podcieramy się czymś takim, co zwane jest papierem toaletowym, który w większości przypadków jest wykonany z drewna. Przynajmniej książek nie spuszczamy w toalecie.
Zakończę ten post wspominając jeszcze o jednej rzeczy - może do czytania zniechęciły was lektury szkolne, lub uważacie to za zajęcie dla "kujonów i mózgowców", wtedy powiem wam jedno: czytanie czyni z was fajnych ludzi i nie jest to tylko coś, co macie robić pod przymusem. Żyjemy w jednym świecie, jednak możemy tworzyć inne.
Spróbuj dać szansę książkom, a tego nie pożałujesz.
wtorek, 5 maja 2015
Pierdu Pierdu
Witam wszech i wobec, z tej strony Liściu i chciałam dzisiaj trochę ponarzekać (w sumie robię to cały czas). Ostatnio mam jakieś mega chujowe dni, ale to w sumie nie nowość. Tak btw widział ktoś nowy wygląd Interii? Fuck u poczto, takie unowocześnianie jest denerwujące ;_: Jeżeli narzekam na strony, to też podłącze pod to tumblera i jego mechanikę, kiedy ma się dwa blogi. Niechcący zaspamiłam mój główny blog zamiast mojego pobocznego, plus zmieniłam nie temu co trzeba wygląd (': (((jeżeliby ktoś chciałby zobaczyć mojego tumblera i może zaobserwować, niżetopoponujęskądzę, to zapraszam tu.))) Koniec końców nie mogłam przywrócić starego wyglądu i dałam nowy, nadal nie pasujący to multifandomowego shitu, jaki tam rebloguję.
Kupiłam ostatnio też mnóstwo książek, za które powoli zamierzam się zabrać (w tym zaczęłam wypożyczać ze szkolnej biblioteki, bo jak się okazało, były tam całkiem fajne egzemplarze). Pierwszą, którą skończyłam była "Przysięga"Kimberly Derting. Książka według mnie rozkręciła się pod koniec, choć samo zakończenie było... dziwne. (wybaczcie, że tyle razy używam było, ostatnio często nadużywam wyrazów :'D). Żałuję, że autorka zamknęła wszystko w obrębie miasta i stworzyła przewidywalne akcje i średnich bohaterów. Sam pomysł - świetny, jednak potencjał niewykorzystany. Kolejną był klasyk, czyli pierwszy tom Harry'ego Pottera (nie bijcie, że nie czytałam tego wcześniej). Sama książka jest napisana bardzo przyjemnym, nawet trochę infantylnym stylem, ale przez to jest bardzo przyjemna do czytania. W sumie ostatnia jak na razie był Mały Książę (tak tego też wcześniej nie czytałam ;_;) - zakochałam się w tej książce. Ostatnio zaczęłam nawet często używać zwrotu "oswajać" (': Pięknie napisana, w takiej małej ilości słów było wiele treści.
Pokaże wam jeszcze, co Liściu robi, gdy ma już za dużo internetów (':

Przepraszam
Kupiłam ostatnio też mnóstwo książek, za które powoli zamierzam się zabrać (w tym zaczęłam wypożyczać ze szkolnej biblioteki, bo jak się okazało, były tam całkiem fajne egzemplarze). Pierwszą, którą skończyłam była "Przysięga"Kimberly Derting. Książka według mnie rozkręciła się pod koniec, choć samo zakończenie było... dziwne. (wybaczcie, że tyle razy używam było, ostatnio często nadużywam wyrazów :'D). Żałuję, że autorka zamknęła wszystko w obrębie miasta i stworzyła przewidywalne akcje i średnich bohaterów. Sam pomysł - świetny, jednak potencjał niewykorzystany. Kolejną był klasyk, czyli pierwszy tom Harry'ego Pottera (nie bijcie, że nie czytałam tego wcześniej). Sama książka jest napisana bardzo przyjemnym, nawet trochę infantylnym stylem, ale przez to jest bardzo przyjemna do czytania. W sumie ostatnia jak na razie był Mały Książę (tak tego też wcześniej nie czytałam ;_;) - zakochałam się w tej książce. Ostatnio zaczęłam nawet często używać zwrotu "oswajać" (': Pięknie napisana, w takiej małej ilości słów było wiele treści.
Pokaże wam jeszcze, co Liściu robi, gdy ma już za dużo internetów (':

SAILÓR MÓN POWA
niedziela, 5 kwietnia 2015
Recenzja Tokyo Ghoul √A
Witam wszem i wobec wszystkich tu zebranych, dzisiaj mam dla was skończonego w sumie nie tak dawno anime - drugi sezon Tokyo Ghoul'a. Jeżeli ktoś nie jest zaznajomiony z pierwszym sezonem, to radzę go obejrzeć i wrócić, aby przeczytać tę recenzję...i nie brać się za drugi sezon. I gdyby ktoś byłby ciekawy mojej niepełnej i starej opinii o pierwszym sezonie, to zapraszam to tego postu.
A, i uwaga, będą się sypały spojlery.

Opis: Ten sezon nie śledzi dalszym losów bohaterów opisanych w mandze, a jest oparty na nowo napisanym scenariuszu przez autora mangi. Po tym jak Kaneki po wielu torturach pokonał Yamoriego, postanowił wstąpić do Aogiri - organizacji ghoul, która swoją siedzibę ma w 11 "strefie" (ward). Czemu to zrobił? Co z tego wyniknie? Nikt nie wie.
Muzyka: Zacznijmy od elementu, w którym była znaczna zmiana. Po świetnym "Unravel", które oddawało idealnie całą tematykę i nastrój TG, przyszła kolej na "Munō", opening mający mieć głębokie znaczenie, lecz osiągnął przeciwny efekt od zamierzonego. Nie oszukujmy się, nie jest ani chwytliwy, ani przyjemny do słuchania. Niektórzy twierdza, że pasuje do całego klimatu drugiego sezonu, który miał niby być bardziej skupiony na psychicznych aspektach przemiany, taki psychological thiller. Mi szczerze nic nie zastąpi "Unravel", bo wprost zostało stworzone do tego serialu. Kolejny podpunkt - muzyka w tle. Prawie nie było jej słychać, przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Po przesłuchaniu soundtracka muszę przyznać, że była naprawdę fajna i może faktycznie mi umknęła. Mogę szczerze pochwalić ending, ponieważ był jedynym plusem muzycznym w tym sezonie. Daję muzyce 7/10.
Bohaterowie: Zacznijmy od minusów - brak developmentu charakteru Tsukiyamy. Był nadal fab i sass, jednak... tylko własnie taki był. Nie wykorzystano wielu scen z mangi, bo nie miały sensu w dalszym rozwoju fabuły w drugim sezonie, przez co pozbawiono Tsukiyamy połowy charakteru. Drugi minus to wprowadzenie bliźniaczek Kurony i Nashiro. Dali trochę wspomnień Juuzou, niby bliźniaczki do trzeba było wykorzystać, ale później... po prostu znikły. Nic się z nimi wyjaśniło, ni nic. Cały potencjał postaci poszedł się kochać. Minus numbero tres to częstotliwość pojawiania się Kanekiego w anime. Uwierzcie, filiżanka naprawdę występowała na początku częściej niż on. Dodatkowo nie było do końca pokazanej jego psychicznej przemiany, która odgrywała kluczowy element w mandze. Jedziemy dalej - totalne pominięcie Uty, Yomo i reszty. To teraz plusy. Więcej Ayato, pokazanie jego uczuć ww stosunku do ojca, ogólnie lekkie rozwinięcie jego postaci. Duże skupienie się też na przeszłości Juuzou, wyjaśnienie, dlaczego jest taki, jaki jest, ukazanie jego więzi z Shinoharą. Ogromnym plusem jest dla mnie też danie wątku Ukiny i Yoshimury, przez który prawie się popłakałam. No i idąc tym tropem Eto też była swojego rodzaju atutem tej serii, choć ja jej szczerze nienawidzę. Oczywiście pojawiła się Tou
Drugi sezon TG oferuje wiele dobrze zbudowanych postaci, jak i tych, o których zapomniano lub pominięto. Nie mogę jednak zaprzeczyć temu, że każda z nich była wyjątkowo. Z czystym sumieniem daję 6.5/10, bo pomimo świetnych bohaterów, w tym sezonie zapomniano o tych bardziej znaczących.
Fabuła: Tak jak wspominałam na początku, fabuła nie śledzi historii z mangi. Opiera się na podstawie nowo napisanego scenariusza przez autora oryginału. Cały pomysł z tym, że Kaneki wstępuje do Aogiri, aby ochronić swoich najbliższych stanowił ciekawy element, lecz uważam, że nie wykorzystano jego potencjału. Cała historia miała strasznie luki, nie wyjaśniono mnóstwo ważnych kwestii, uśmiercono bohaterów, którzy powinni żyć (no dobra, jednego, ale za to jakiego ;_;), a tych, którzy powinni umrzeć zostawiono przy życiu. Cały wątek Aogiri został tak słabo zrobiony i przedstawiony, że warto sięgać do tego tytułu tylko po to, aby zobaczyć, jak wyglądają animowani bohaterowie z mangi, szczególnie ich Kagune. Fabuła mogła się rozwinąć w dobrym kierunku, jednak za dużo rzeczy zostało wyciętych, za mało wstawionych, i tak powstał ser szwajcarski. Daję fabule 3/10, a tym, którzy chcą obejrzeć drugi sezon, a nie czytali mangi, powiem jedno:
READ THE FUCKING MANGA.
serio, anime to jak Biblia, a manga to Evangelion
środa, 18 marca 2015
Kami no ataeshi kuusou Program
B o g o w i e.
Nieśmiertelne, potężne istoty,
które władają Czyśćcem. Obserwują każdy twój krok. Mogą cię
zniszczyć, kiedy im podpadniesz. Chociaż czasami korciło mnie, aby
zrobić coś niedozwolonego, aby wydostać się z tego więzienia.
Ale każdy boi się woli Bogów. Nawet
ja po pewnych zdarzeniach wolę siedzieć cicho i grzecznie, aby nie
narazić się na ich gniew. Oni mogą wysłać się do miejsc
gorszych od Czyśćca. Do miejsc, gdzie każdy twój grzech będzie
błagał o rozgrzeszenie. Gdzie twoje demony będą próbowały
wypełznąć z twojej duszy, aby tylko nie być t a m.
Tak naprawdę to jeden poważny błąd
i możesz pożegnać się z czymkolwiek ludzkim i normalnym. Piekło
byłoby dla ciebie niczym niebo, gdybyś pobył tam kilka lat. A może
nawet wystarczyłoby parę dni.
Chodzą plotki, że czasami ci
biedacy, którzy trafiają t a m zyskują taryfę ulgową i mogą
wrócić do Czyśćca (lepszy rydz niż nic). Jednak powoli tracą
siebie. Nie mogą tego wszystkiego wytrzymać. Rozpadają się.
Powoli, kawałek po kawałku. Ich dusze usychają, próbując
wydostać się ze skorumpowanych ciał. Oczywiście, jeśli ktoś
jeszcze takową posiada. Więc patrząc trzeźwym okiem na sytuację,
tak czy inaczej oszalejesz i stracisz swoje człowieczeństwo.
Ale czy i tak nie jest na Ziemi?
Kiedy już wejdziesz na jakąś drogę,
nie dasz rady z niej wyjść. Chociaż w moim więzieniu są tylko
dusze, to są one bardziej żałosne od ich cielesnej powłoki.
Jesteś tutaj całkowicie sobą, żadnych fałszywych masek, za
którymi możesz się ukryć.
Ha, jakie to by było niszczące dla
paru osób.
Wracając do tematu Bogów – jest tu
pewien dupek, który męczy mnie od początku, kiedy przybyłam do
Czyśća. Chciał czy nie chciał, nie mogę mu się postawić, bo
pewnie tego pożałuję, choć czasami mam ochotę naprawdę mocno
przywalić mu w tą jego idealną, boską facjatę. Pomijając fakt,
że jest to fizycznie niemożliwe. Bogów nie można dotknąć, bo
nigdy nie odwiedzają nas we własnej osobie. Pojawiają się jako
„hologram” z którym można tylko porozmawiać. Wprowadzono to
dlatego, bo „prawdziwa obecność Bogów może doprowadzić do
postradania zmysłów”. No, tu muszę się zgodzić, sama myśl o
nich irytuje człowieka. Duszę. Czymkolwiek teraz jestem.
Jeszcze raz wracając do tematu –
ten dupek każe zwać siebie Kserionem. Próbuje udawać jakieś
greckie bóstwo (może to porównanie jest nietrafne, bo mimo
wszystko jest swojego rodzaju bóstwem). Jego wygląd jest jedyną
dobrą rzeczą.
„Jest
dziwnie piękny, niczym noc bez gwiazd.”
Okropny
charakter, egoistyczny i narcystyczny, cały czas wtrąca się w
nieswoje sprawy, wybuchowy niczym Wezuwiusz, chce, aby wszystko
działo się działo się według jego zasad. Nie wiem czemu, ale
każdy się go boi. Może to z przyzwyczajenia? Strach, który mamy
już w siebie wpojony.
Urodziliśmy
się w strachu.
niedziela, 8 lutego 2015
Po świętach i wielu nerwach
Witam wszystkich wszem i wobec w nowym roku! Mam nadzieję, że będzie lepszy od poprzednich. Jak obiecałam, tak po pewnym czasie robię post święteczno-organizacyjny, w którym pokazuje rzeczy, które ostatnio nabyłam lub dostałam i je trochę ocenię, jeżeli już je przeczytałam/zagrałam/zobaczyłam/cokolwiek z nimi zrobiłam. Więc nie przedłużając, bo moje życie ostatnio jest trochę monotonne ze względy na szkołę .
wybaczcieżezdjeciasąrobionetelefonemjestemzbytleniwaabywyciągaćaparat
No.6 #1
#prezentświąteczny
Manga ta opowiada o chłopaku imieniem Shion, który pewnego razu udzielił schronienia Szczurowi aka Nezumiemu, tym samym zapewniając inteligentnemu chłopakowi spadek do najniższej rangi z elity.. Później, gdy Shion już trochę urósł, był świadkiem dwóch nagłych śmierci, a władze specjalnie zwaliły winę na niego, przez to, że mówił źle o rządzie.
Manga jest świetna, bardzo mi się spodobała, czekam, aż wydadzą kolejne tomy w Polsce c':
Fullmetal Alchemist #1-4
#prezentświątecznyopróczpierwszegotomu
Chyba nie muszę przedstawiać nikomu tej mangi, bo jest jednym z najlepszych i najbardziej znanych. Pierwszy tom kupiłam sobie już dawno temu, a tomy od 2-4 dostałam na święta. Obowiązkowa pozycja dla każdego, kto interesuję się mangą i anime, bo jest bardzo dobra i tania.
Mirai Nikki - Pamiętnik Przeszłości #1
#prezentświateczny
Manga dosyć świeża w Polsce, jednak anime na jej podstawie jest już dawno znane. Fabułą jest ciekawa, chociaż odstrasza mnie trochę dizajn postaci i ciotowatość głównego bohatera c': Ogólnie opowiada ona o Yukiteru Amano, chłopaku, który prowadzi pamiętnik na telefonie komórkowym . Pewnego dnia okazuje się, że ma w nim zapisane wydarzenia na następne dni. Tym samym zostaje wplątany w grę o tron boga. Ale kupię kolejne części, bo jestem ciekawa, jak to wszystko dalej się potoczy.
Książę Piekieł #1-3
#prezentświąteczny
Seria kupiona dlatego, że była na promocji na Yatta i szczerze nie żałuję jej kupna. Opowiada ona o inteligentym i niewierzącym w rzeczy nadprzyrodzone Williamie, potomku proroka Salomona. Ma on wybrać następnego władcę piekieł. Dowiaduje się tego w momencie, gdy firma jego ojca zbankrutowała, a w jego piwnicy pojawił się potężnyi przystojny demon Dantalion Bardzo mi się podobała, ma świetną kreską, fabuła jest oryginalna a bohaterowie są przystojni i zróżnicowani. I jest mnóstwo shipów, ale WilliamxDantalion forever.
Karneval
Kupiłam go jakoś tak w listopadzie. Manga zaczęła się dosyć nietypowo, ale znowu jest tu oryginalna historia. Nai szuka swojego brata - a jedyną rzeczą, jaką mu zostawił jest tajemnicza bransoletka. Wkrótce naiwny chłopak spotyka Garekiego i tak rozpoczyna się jego przygoda z Cyrkiem. Nie za bardzo podoba mi się kreska autorki, jednak nie jest to aż takim wielkim problemem. Nai jest trochę denerwujący, ale może w przyszłych tomach sytuacja ulegnie zmianie.
Deadman Wonderland #1
Manga rozpoczęła się od razu super brutalnie. Ganta jest świadkiem wymordowania jego całej klasy, który jako jedyny ocalały zostaje oskarżony za te wszystkie morderstwa. Trafia do wyjątkowego więzienia - Deadman Wonderland - w którym musi walczyć o przetrwanie. Kreska kojarzy mi się trochę ze starszym stylem, szczególnie wygląd bohaterów, co nie zmienia faktu, że jest ładna. Tak btw. to na podstawie mangi wyszło też anime, które ma świetny opening c':
Notes Death Note
Atrapa Death Note. Kupiłam ją od koleżanki i nie żałuję, bo jest fajnym dodatkiem dla fanów serii. Zdziwiłam się, bo w środku są nawet wszystkie osoby, które Light wpisał (znaczy, część z nich, w było ich w ciul dużo).
Seven Days #1
#prezentświąteczny
Lekkie i przyjemne shounen-ai. Kreska nie jest najpiękniejsza, ale nie przeszkadza to w czytaniu. Jako iż seria ma tylko dwa tomy, to myślę, że warto ją kupić bo nie będzie to duży wydatek. Jestem leniem i wkleję opis z Yatty :v
"Shino znany jest z tego, że mówi to, co mu ślina na język przyniesie. Dziewczęta doceniają jego urodę i chętnie się z nim umawiają, lecz przy bliższym poznaniu czar pryska. Przypadkiem Shino dowiaduje się, że Seiryou Touji, uczeń tej samej szkoły, w każdą niedzielę kończy kolejny związek, a pierwsza osoba, która w poniedziałek go o to poprosi, zaczyna z nim chodzić.. Zaintrygowany Shino postanawia sprawdzić, ile jest w tym prawdy..."
Death Note #1-3
#2i3tomtoprezentświąteczny
Pierwszy tom kupiłam gdzieś we wrześniu, a na drugi i trzeci musiałam niestety czekać aż do grudnia. Fabuła Death Note skupia się na młodym geniuszu - Light'cie Yagami, który był zwykłym uczniem, dopóki w jego ręce nie trafił Death Note upuszczony przez boga śmierci Ryuka. Po wpisaniu imienia i nazwiska kogoś do Death Note'a zginie on w przeciągu 40 sekund. Manga ma świetnie prowadzoną historię, bardzo ładną kreskę i wciągające walki umysłowe bohaterów. Bardzo polecam serię, chociaż boję się, że jej poziom spadnie, gdy do akcji wkroczy najbardziej denerwująca postać serii, czyli Misa c':
Adventure Time #1
#prezentświąteczny
Świetnie wykonany komiks, fajny prezent dla fanów Pory na Przygodę. Humor trzyma poziom serialu, plus są śliczne dodatkowe okładki i rysunki.
Wiedźmin: Dom ze szkła
Ao No Exorcist
Manga zakupiona od koleżanki. Podoba mi się w niej to, że na końcu są umieszczone rodzaje demonów występujących w tomie i ich opisy. Historia skupia się na Rinie Okumurze, który pewnego dnia dowiaduje się, ze on i jego brat Yukio są synami Szatana, jednak tylko on odziedziczył po nim moce. Wszystkie demony nagle zaczęły na niego polować i albo chcą go zabić, albo zaciągnąć do świata demonów. Pominę tutaj kilka spojlerów i powiem tylko, że Rin trafia do Akademii Prawdziwego Krzyża, do której uczęszcza też jego brat i tam szkoli się na egzorcystę (oh ironio).
Are you Alice? #1
#prezentświąteczny
Spodziewałam się czegoś zupełnie innego po tym tytule i trochę się zawiodłam na pierwszym tomie. Drugi miał już w sobie trochę więcej ogarnięcia i logiki niż pierwszy. Wielkim plusem jest śliczna kreska i przystojny główny bohater :~D (chociaż nie jest zbyt sympatyczny tbh). Tutaj zarąbie opis ze strony Waneko D:
"W Krainie Czarów każdy ma swoją rolę do wypełnienia i zadanie do wykonania, lecz w tej wersji znanej wszystkim powieści praktycznie nic nie jest takie jakim pamiętamy. Alicja jest mężczyzną i ma za zadanie zabić Białego Królika, Szalony Kapelusznik ma mu w tym pomóc, Królowa Kier sprawuje rządy twardej ręki nad całą krainą, zaś Kot z Chershire… Cóż, Kot jest Kotem i chodzi swoimi ścieżkami. Czy jesteście gotowi na wizytę w Krainie Czarów?"
Exitus Letalis #1
Początkowo nie wiedziałam, że to komiks polskiej autorki D: Kreska jest śliczna, ale po pewnym czasie zaczął mnie irytować humor użyty w tej mandze - dla mnie jest zbyt wulgarny ;;; W drugim tomie jednak akcja skupia się na tajemnicy i jest pokazywana przeszłość bohaterów. Jeżeli ktoś już wcześniej miał styczność z twórczością Katt, to ta pozycja mu się spodoba.
Sailormoon #1
#prezentświątecznyXD
Chyba nikomu nie muszę przedstawiać tej mangi :'D Jedno wielkie zbiorowisko nieogarniętości, magicznych dziewczynek i księżycowej mocy. W pewnych momentach totalnie nie ogarniałam co se w niej dzieje, ale cśś c':
A więc to wszystko (nie licząc książek, ale dostałam tylko Jedyną) (oraz gadżetów, ale cśś). Ten post napisałam z super opóźnieniem przez moje wielkie lenistwo :'D
Mirai Nikki - Pamiętnik Przeszłości #1
#prezentświateczny
Manga dosyć świeża w Polsce, jednak anime na jej podstawie jest już dawno znane. Fabułą jest ciekawa, chociaż odstrasza mnie trochę dizajn postaci i ciotowatość głównego bohatera c': Ogólnie opowiada ona o Yukiteru Amano, chłopaku, który prowadzi pamiętnik na telefonie komórkowym . Pewnego dnia okazuje się, że ma w nim zapisane wydarzenia na następne dni. Tym samym zostaje wplątany w grę o tron boga. Ale kupię kolejne części, bo jestem ciekawa, jak to wszystko dalej się potoczy.
Książę Piekieł #1-3
#prezentświąteczny
Seria kupiona dlatego, że była na promocji na Yatta i szczerze nie żałuję jej kupna. Opowiada ona o inteligentym i niewierzącym w rzeczy nadprzyrodzone Williamie, potomku proroka Salomona. Ma on wybrać następnego władcę piekieł. Dowiaduje się tego w momencie, gdy firma jego ojca zbankrutowała, a w jego piwnicy pojawił się potężny
Deadman Wonderland #1
Manga rozpoczęła się od razu super brutalnie. Ganta jest świadkiem wymordowania jego całej klasy, który jako jedyny ocalały zostaje oskarżony za te wszystkie morderstwa. Trafia do wyjątkowego więzienia - Deadman Wonderland - w którym musi walczyć o przetrwanie. Kreska kojarzy mi się trochę ze starszym stylem, szczególnie wygląd bohaterów, co nie zmienia faktu, że jest ładna. Tak btw. to na podstawie mangi wyszło też anime, które ma świetny opening c':
Notes Death Note
Atrapa Death Note. Kupiłam ją od koleżanki i nie żałuję, bo jest fajnym dodatkiem dla fanów serii. Zdziwiłam się, bo w środku są nawet wszystkie osoby, które Light wpisał (znaczy, część z nich, w było ich w ciul dużo).
Seven Days #1
#prezentświąteczny
Lekkie i przyjemne shounen-ai. Kreska nie jest najpiękniejsza, ale nie przeszkadza to w czytaniu. Jako iż seria ma tylko dwa tomy, to myślę, że warto ją kupić bo nie będzie to duży wydatek. Jestem leniem i wkleję opis z Yatty :v
"Shino znany jest z tego, że mówi to, co mu ślina na język przyniesie. Dziewczęta doceniają jego urodę i chętnie się z nim umawiają, lecz przy bliższym poznaniu czar pryska. Przypadkiem Shino dowiaduje się, że Seiryou Touji, uczeń tej samej szkoły, w każdą niedzielę kończy kolejny związek, a pierwsza osoba, która w poniedziałek go o to poprosi, zaczyna z nim chodzić.. Zaintrygowany Shino postanawia sprawdzić, ile jest w tym prawdy..."
Death Note #1-3
#2i3tomtoprezentświąteczny
Pierwszy tom kupiłam gdzieś we wrześniu, a na drugi i trzeci musiałam niestety czekać aż do grudnia. Fabuła Death Note skupia się na młodym geniuszu - Light'cie Yagami, który był zwykłym uczniem, dopóki w jego ręce nie trafił Death Note upuszczony przez boga śmierci Ryuka. Po wpisaniu imienia i nazwiska kogoś do Death Note'a zginie on w przeciągu 40 sekund. Manga ma świetnie prowadzoną historię, bardzo ładną kreskę i wciągające walki umysłowe bohaterów. Bardzo polecam serię, chociaż boję się, że jej poziom spadnie, gdy do akcji wkroczy najbardziej denerwująca postać serii, czyli Misa c':
Adventure Time #1
#prezentświąteczny
Świetnie wykonany komiks, fajny prezent dla fanów Pory na Przygodę. Humor trzyma poziom serialu, plus są śliczne dodatkowe okładki i rysunki.
Wiedźmin: Dom ze szkła
Kupiony w Empiku. To w sumie mój pierwszy pełnoprawny amerykański komiks. Podobał mi się, chociaż gdybym wiedziała, co się w nim znajduję nie kupiłabym go za te 50 zł.
Ao No Exorcist
Manga zakupiona od koleżanki. Podoba mi się w niej to, że na końcu są umieszczone rodzaje demonów występujących w tomie i ich opisy. Historia skupia się na Rinie Okumurze, który pewnego dnia dowiaduje się, ze on i jego brat Yukio są synami Szatana, jednak tylko on odziedziczył po nim moce. Wszystkie demony nagle zaczęły na niego polować i albo chcą go zabić, albo zaciągnąć do świata demonów. Pominę tutaj kilka spojlerów i powiem tylko, że Rin trafia do Akademii Prawdziwego Krzyża, do której uczęszcza też jego brat i tam szkoli się na egzorcystę (oh ironio).
Are you Alice? #1
Spodziewałam się czegoś zupełnie innego po tym tytule i trochę się zawiodłam na pierwszym tomie. Drugi miał już w sobie trochę więcej ogarnięcia i logiki niż pierwszy. Wielkim plusem jest śliczna kreska i przystojny główny bohater :~D (chociaż nie jest zbyt sympatyczny tbh). Tutaj zarąbie opis ze strony Waneko D:
"W Krainie Czarów każdy ma swoją rolę do wypełnienia i zadanie do wykonania, lecz w tej wersji znanej wszystkim powieści praktycznie nic nie jest takie jakim pamiętamy. Alicja jest mężczyzną i ma za zadanie zabić Białego Królika, Szalony Kapelusznik ma mu w tym pomóc, Królowa Kier sprawuje rządy twardej ręki nad całą krainą, zaś Kot z Chershire… Cóż, Kot jest Kotem i chodzi swoimi ścieżkami. Czy jesteście gotowi na wizytę w Krainie Czarów?"
Exitus Letalis #1
Początkowo nie wiedziałam, że to komiks polskiej autorki D: Kreska jest śliczna, ale po pewnym czasie zaczął mnie irytować humor użyty w tej mandze - dla mnie jest zbyt wulgarny ;;; W drugim tomie jednak akcja skupia się na tajemnicy i jest pokazywana przeszłość bohaterów. Jeżeli ktoś już wcześniej miał styczność z twórczością Katt, to ta pozycja mu się spodoba.
Sailormoon #1
#prezentświątecznyXD
Chyba nikomu nie muszę przedstawiać tej mangi :'D Jedno wielkie zbiorowisko nieogarniętości, magicznych dziewczynek i księżycowej mocy. W pewnych momentach totalnie nie ogarniałam co se w niej dzieje, ale cśś c':
A więc to wszystko (nie licząc książek, ale dostałam tylko Jedyną) (oraz gadżetów, ale cśś). Ten post napisałam z super opóźnieniem przez moje wielkie lenistwo :'D
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































