niedziela, 13 grudnia 2015

“Caring doesn't sometimes lead to misery. It always does.”

 Pomysł na tego posta miałam już jakiś, no nie wiem, miesiąc temu? Zaczęłam pisać go o około pierwszej w nocy, od razu po skończeniu omawianej przeze mnie książki. Byłam tak poruszony tym wszystkim, co tam się działo, że musiałam to gdzieś napisać. Po drodze jednak złapało mnie zmęczenie i na drugi dzień nie potrafiłam skończyć już tego postu tak, jak powinnam. Emocje opadły, wszystko minęło, nie miałam już żadnych przemyśleń na ten temat. Głupio mi jednak zostawiać to wszystko takie nieskończone, więc postanowiłam wrzucić tu co na tamtą chwilę udało mi się napisać.

---



Czasami biorę to ręki książkę z zamiarem odprężenia się i oderwania od rzeczywistości, od natłoku tych wszystkich codziennych problemów. Jednym z takich dzieł miało być „Will Grayson, Will Grayson” i nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałam – to raczej złe określenie. Bardziej... zaskoczyła mnie zawartość tej książki. Naprawdę spodziewałam się jakiejś lekkiej lektury o romansie dwóch chłopaków (do czego też się w pewnym stopniu myliłam), a otrzymałam o wiele głębszą powieść i świetnie stworzonych bohaterów. Rzadko książka aż tak mnie porusza, bo zwykle łapię za pozycje młodzieżowe, które i może mają swój własny przekaz, jednak skupiają się w większym stopniu na akcji. W „Will Grayson, Will Grayson” autorzy dużo miejsca i czasu poświęcili na przemyślenia bohaterów, czy to w dialogach, czy w narracji. Pierwszy raz też chyba nie zamierzam zrobić recenzji książki, a przynajmniej nie żadnej dogłębnej. Bardziej chciałabym porozmawiać na kwestie (nie tematy, jak tu ujęli sami autorzy) poruszone w tej pozycji. Szczerze? Nie jestem szczęśliwa, że mogę zrozumieć problemy tam przedstawione, ani nie jestem zadowolona mogąc utożsamiać się z bohaterami.


 Zacznijmy od podstawowej rzeczy – oboje główni bohaterowie nie są osobami zbytnio zadowolonymi z życia. Ba, jednej z nich ma nawet poważną depresję, a jedyną rzeczą utrzymującą go przy życiu są leki antydepresyjne. Pierwszy Will to bardziej cichy typ, nie wtrącający się w sprawy innych i nie zwracający na siebie uwagi (chociaż jego przyjaciel jest w tym dużym utrudnieniem).

---

I to właściwie wszystko, co udało mi się napisać tamtej nocy. Skończyłam na opisywaniu ogólnikowo tego, co miało się dziać w książce i jacy byli główni bohaterowie. To nie miało być jednak głównym zamysłem. Chciałam porozmawiać na tematy poruszane w tej książce, takie jak samotność, miłość, akceptowanie decyzji innych. Teraz trudno mi wypowiedzieć się jakoś sensownie na ten temat, jak i nie sądzę, by w najbliższej przyszłości mi się udało. Jedynym co mogę jeszcze powiedzieć to to, że po lekturze ogarnęło mnie uczucie strasznej samotności, głównie przez poruszane tam wątki i sceny, które doprowadziły mnie do łez. "Will Grayson, Will Grayson" był lekturą, która zmusiła mnie trochę do myślenia, choć nie spodziewałam się, że to uczyni.
Zakończę ten mało treściwy post piosenką od P!atD, aby była tu chociaż jedna dobra rzecz.


niedziela, 8 listopada 2015

A czas leci...

Dzień dobry czy dobry wieczór, w zależności o której godzinie będziecie to czytali. Ogólnie wchodząc dzisiaj na bloga zaczęłam się zastanawiać - napisać post lub może jeszcze nie teraz? A, myślę sobie, pewnie nie tak dawno coś publikowałam. Byłam trochę zaszokowana faktem, że ostatni post pojawił się we wrześniu, i to jeszcze na początku. Cóż, chyba tak jak teraz wszystkich, pochłania mnie szkoła, a ja nawet tego nie zauważam. Dni same mijają na wykonywaniu tej samej rutyny i jakoś to leci. W międzyczasie nie robiłam nic produktywnego, bo nawet na rysowanie nie miałam ochoty, może jedynie pisałam. Gdybym była aż nazbyt leniwa, to pewnie teraz zamiast tego wywodu czytalibyście jedno z opowiadań, które napisałam przez dwa miesiące, jednak staram się jakoś wysilić i zostawiam opowiadania jako "koło ratunkowe".
Zastanawiając się nad tematem posta... właściwie to nadal się nad nim zastanawiam, ale postanowiłam na razie potrajkotać o tym, co zawsze. Ostatnio zawitały do mnie nowe książkowe nabytki (czyt. w październiku) i są one dość wyjątkowe, bo dwa z nich to książki po angielsku. Pierwsza to trzeci tom Sagi Księżycowej, "Cress", a druga to "Simon vs the Homo Sapiens Agenda" (tak, jest o geju). Cóż, nie jestem przyzwyczajona do angielskiego stylu pisania książek, ale na szczęście coś tam jeszcze rozumiem, choć żadnej jeszcze do końca nie przeczytałam... ekhm...typowe...ekhm. Jednak! Przyszły również dwie inne pozycje, jakimi są "Księga Cmentarna" oraz "7 minut po północy". "Jestem jeszcze w trakcje czytania "Księgi" i... zawiodłam się nią? Słyszałam tyle pochwał o książkach Neil'a Gaiman'a, więc spodziewałam się czegoś więcej. Pod względem technicznym książka jest dobra, jednak akcja strasznie wolno się ciągnie i przynajmniej mnie nie wciąga. A co do drugiej książki, to mam do niej już lepsze odczucia. Przeczytałam ją całą w około 3 dni i pod koniec poryczałam się jak dziecko. Tematy chorób, a szczególnie raka bardzo mnie ruszają, więc aż tak się nie dziwię mojej reakcji. Polecam "7 minut" dla osób, które chcą jakąś krótką, ale pięknie oprawioną i wartościową opowieść do przeczytania.
Iiii... właściwie nie wiem, o czym jeszcze mogłabym napisać. Muszę przygotować sobie jakąś listę tematów czy coś, by nie gadać o niczym. A skoro nie mam nic więcej do przekazania, to przynajmniej pokażę kilka rysunków (jeśli można je tak nazwać), które udało mi się z siebie wycisnąć przez ostatnie 2 miesiące.


No tak, jak mówiłam, nie rysowałam zbyt dużo w przeciągu ostatnich miesięcy. Pierwszy obrazek przedstawia tą oto postać. Rysowane w około 20 minut? Taki luźny szkic, bo na nic więcej mnie ostatnio nie stać. Kolejna postać to jakaś randomowa dziewczyna, która miała być harpią (co pewnie widać po niedokończonym dole), ale nie chce mi się jej za cholerę kończyć. Ostatni rysunek to szkic jakiegoś jelonka i muszę przyznać, że nawet mi się podoba. No cóż, ale jak w poprzednich przypadkach - dopadło mnie lenistwo i jej nie kończę.
I to na tyle dzisiaj, trochę ponarzekałam i popaplałam na bezsensowne tematy, więc chyba jak na moje standardy to koniec. Mogę jeszcze wspomnieć o tym, że się pofarbowałam i jestem czerwona jak cegła. A więc tym akcentem się żegnam i do następnego postu!

piątek, 11 września 2015

pepe

tak naprawdę tytuł miał być związany z końcem wakacji, ale nie miałam na niego pomysłu, więc zamiast tego jest mem.

Dzień dobry! A może nie taki dobry, bo już od prawie 2 tygodni jest okres, w którym każdy uczeń musiał zostać siłą zmuszony do ponownego pójścia do szkoły... czyż to nie cudowne?
A tak naprawdę to już od tych kilku dni znowu odczuwam stres związany z obowiązkami i samym uczęszczaniem do szkoły. Druga klasa gimnazjum to niby nie przelewki, ale i tak udziela mi się syndrom lenia i mam lekką olewkę na zadania i prace domowe, czego później i tak żałuję. I raczej nigdy się tego nie oduczę. Oczywiście ze stresem idą problemy zdrowotne, problemy z koncentracją, powroty stanów depresyjnych i tak dalej... ale nie o tym dzisiaj!
A więc o czym, pewnie zapytacie... a ja wam odpowiem, że nie wiem, bo nie chcę zostawiać bloga pustego, więc popiszę wam o pierdółkach. Napomknę może teraz o wyjeździe, na którym byłam pod koniec wakacji. Wyjechałam z rodzinką do Rzeczki (godzina drogi do Wrocławia) i całkiem dobrze się bawiliśmy. Tereny były 10/10, moja góralska natura się we mnie odezwała (tak naprawdę nie mam nic z górala, ale to szczegół), bo cały czas byliśmy otoczeni górami. Gdzie by się nie spojrzeć to piękne widoki rozciągające się na horyzoncie. Schodziliśmy też trochę pod ziemię, czego nie akurat nie polecam, bo zimno w ciul i są jadowite pająki (bezpieczeństwo przede wszystkim!). Nakupowałam sobie w chuj dużo pamiątek, bo kocham takie drobiazgi no i nie wróciłabym do domu z pustymi rękami. W wolnym czasie, jaki spędzaliśmy w domku, czytałam sobie "Dom Pod Pękniętym Niebem", który całkowicie mnie zaskoczył... ale o tym zaraz, bo aby nie było tak pusto wygrzebię jakieś zdjęcia z wyjazdu.


Skalne Miasto w Czechach... czeski to bardzo śmieszny język, ogólnie jak tak się przejeżdża przez ten kraj to ma się uśmiech na ustach, bo dla nas wszystkie te szyldy i znaki tak śmiesznie brzmią. Co do samego Skalnego Miasta - bardzo ładne miejsce, dużo kamieni... bardzo dużo. Nawet jak wejdzie się na samą górę to widać tylko kamienie. Zdjęcie u góry przedstawia kawałek wysepki, która znajduje się na wyrobisku z dawnej piaskowni... czy jak to tam się nazywało. Cóż, wygląda jak duże jezioro, więc tak to nazwijmy.


Chyba jedyne fajnie ujęcia konia przy stadninach w Zamku Książąt, jakie udało mi się zrobić (podziwiam fotografów zwierząt). Ogólnie fajnie, że można było je pogłaskać, jak sobie swobodnie chodziły na pastwisku. Wystawne konie na konkursie były przepiękne, chociaż było kilka problemów... spokojnie, nikomu nic się nie stało, wszyscy żyją!


Zamek Książąt od tylca, że to tak ujmę. Akurat z tej strony był bardzo ślicznie porośnięty bluszczem i ogólnie posiadał urocze ogrody. Sam zamek jest może trochę zbyt unowocześniony, ale nadal ma piękny wystrój, rzeźby i architekturę. Była nawet wystawa sztuki nowoczesnej... i chyba nie muszę dalej dopowiadać, jaka ona była.

Zdjęć jest mało, bo nie mam Photoshopa na laptopie i bieda. Nie mogę obrobić zdjęć ani nic, więc tylko posłużyłam się Picassem i zmieniłam format plus dałam trochę nasycenia, bo zdjęcia wyglądały szarawo z początku (mój aparat zaczął się buntować, hehe). To skoro teraz dałam takie obrzezane z informacji sprawozdanie jak było mi na wyjeździe, to omówię wcześniej wspomniany "Dom pod Pękniętym Niebem". Można to uznać za mini recenzję, choć trudno ocenić mi tą książkę - dlaczego to już wyjaśniam.
Na początku zobaczyłam ją w Biedronce, bo akurat kosztowała 10 zł, więc czemu by jej nie wziąć. Od razu zakupiłam też drugi tom, głównie ze względu na ciekawy tytuł i oprawę graficzną (jest śliczna, pod koniec dam okładki wszystkich trzech książek z serii). Przeczytałam opis pierwszego tomu i pomyślałam - o, fajnie, może to być jakaś ciekawa, filozoficzna opowieść. Gdy wróciłam do domu i powierzchownie przejrzałam, uświadomiłam sobie, że jest polskiego autora (tak, bardzo szybki zapłon) i ma ilustracje na początku każdego rozdziału! Miłe zaskoczenie. Czytać zaczęłam ją dopiero na wyjeździe, a tu kolejne zaskoczenie - książka jest post apokaliptyczna i są w niej zombie. Nie czytałam żadnych recenzji ani opisów z internetu, więc tego się nie spodziewałam. Mogę to uznać za miłe zaskoczenie, bo lubię książki z zombie lu podobnymi stworzeniami... i jakoś wciągają mnie horrory dla młodzieży. Książka opowiada o 7 nastolatków, którzy pod przewodnictwem pół-Indianina Caseya wyruszają na biwak. Niby fabuła prosta, nieskomplikowana, można powiedzieć, że nawet trochę sztampowa. Ale nagle w nocy nastaje trzęsienie ziemi, a w lesie pojawiają się tajemnicze, nieludzkie istoty. Właśnie w tym momencie zaczyna się Koniec Świata, który wszyscy dobrze znaliśmy. Nie ma internetu, telewizji, światła ani żadnych zasad. Ocaleni nastolatkowie i przewodnik skrywają się w schronisku Fallsville (jeśli się nie mylę), ochrzczone później nazwą "Dom pod Pękniętym Niebem". 
Ogólnie zaskoczyła mnie sama fabuła, bo nie tego się spodziewałam. Ale nie narzekam, bo akcja była wartka i nie nudziłam się podczas czytania tej książki. Bohaterowie zostali trochę zbyt przerysowani, a dialogi wydawały się sztuczne, ale dało się to przeboleć. Gdyby książka była dłuższa, zdecydowanie dałoby się wycisnąć z niej więcej. Nie jest to książka bardzo dobra technicznie, ale bardzo dobra jeśli szuka się czegoś lekkiego i szybkiego do przeczytania. Posiada wiele minusów, do których po prostu trzeba się przyzwyczaić i nie zwracać na nie uwagi.
Obecnie jestem pod skończeniu drugiego tomu i zamierzam jak najszybciej dorwać trzeci o ostatni tom. Na koniec obiecane okładki zaprojektowane przez studio blackgear.



No więc to tyle z mojego bełkotu. Życzę wszystkim powodzenia, jeśli chodzi o szkoły i byle do wakacji. 

czwartek, 30 lipca 2015

Niepokój, czyli jak prawie umarłam ze znudzenia



Mieliście w rękach kiedyś taką książkę, przy której sama myśl o czytaniu jej napawała was odrazą i niechęcią? Lecz postanowiliście dzielnie wytrwać przez cały tom, by skończyć historię opowiedzianą w tej książce. Ja miałam tak z "Niepokojem" Maggie Stiefvater i mogę powiedzieć jedno - żałuję czasu, jaki zmarnowałam na czytanie tej serii. Mam pożyczony od kuzynki 3 tom (już chyba od 2 lat), ale nie zamierzam go zaczynać. Z ręką na sercu mogę przyznać, że to najgorsza książka młodzieżowa, jaką czytałam.
 Seria opowiada o nastolatce Grace, która od najmłodszych lat jest zainteresowana wilkami. Akurat mieszka przy lesie, w którym te stworzenia często polują. Pewnego dnia poznaje chłopaka o imieniu Sam. Spotyka go w dość nietypowym miejscu - na tarasie przy jej domu. W tamtym momencie jej życie wywraca się do góry nogami, bo odkrywa, że istnieją ludzie potrafiący zmieniać się w wilki. Fabuła niby banalna, dodatkowo dochodzi wątek romansu typu "znamy się od kilku minut, ale poświęciłabym dla ciebie życie" (syndrom Romeo i Julii, maybe).
 Pierwszy tom nie był zły, choć słabo go pamiętam, gdyż styczność miałam z nim ok. 2 lata temu, kiedy czekałam w domu kuzynki na jej powrót. Wtedy, niczego jeszcze nieświadoma chwyciłam za ten tytuł i przeczytałam go w jeden dzień. W tamtym czasie nie przeszkadzały mi jeszcze wątki romansowe, jak to robią teraz, więc "Drżenie" zdało egzamin. Zadowolona z lektury spytałam kuzynki, czy mogę pożyczyć dwa pozostałe tomy. Jak pewnie możecie wywnioskować, zgodziła się. Za czytanie drugiego tomu zabrałam się krótko po przyjeździe do domu. Nie byłam zainteresowana kontynuacją historii opisanej w "Niepokoju", ani nie posiadał żadnych wygórowanych oczekiwań... i bardzo cieszę się, że nie miałam. Nie zawiodłam się drugim tomem serii, bo nic po nim nie oczekiwałam.
 Oczywiście, jest to moja subiektywna opinia, więc nie musicie całkowicie przekreślać tej książki po mojej mini recenzji (ale polecam wam to zrobić). "Niepokój" oferuje nam dalsze losy Grace i Sam'a, dodatkowo dochodzi narracja ze strony Isabel i Cole'a - nowej postaci. Akcja ciągnęła się niemiłosiernie wolno, przez ostatnie strony po prostu tylko przeleciałam wzrokiem i czytałam same dialogi.  Sam romans był denny i mnie denerwował. To, jak Grace nie mogła dać sobie rady bez sama nawet przez dwa dni... proszę cię dziewczyno. Koniec nie wywarł na mnie większego wrażenie, bo spodziewałam się go od początku. Akcja zapisana na 400 stronach mogłaby spokojnie zmieścić się na 200 stronicowej powieści.
 Co do bohaterów... to nie było nikogo interesującego. Nikt nie przyciągnął mojej uwagi, nie zainteresowała mnie żadna historia związana z bohaterami. Nic. Null.
 Daję tej powieści 3/10, tam na zachętę i ze względu na to, że autorka ma całkiem dobry styl. Nie polecam książki, bo czytanie jej to zwyczajne marnowanie czasu. Pierwszy tom jest całkiem całkiem... i na tym radzę się zatrzymać. Na chwilę żadnej książki nie czytało mi się tak źle, jak tej i nie zamierzam zabierać się za 3 tom. Może wspomnę jeszcze o okładkach - koncept dobry, ale wykonanie... bardzo ładny zimowy las, a na nim wklejone nie pasujące do niczego postacie i wilk. Grafik płakał jak projektował.
To tyle na dziś, mam nadzieję, że następny post będzie o czymś pozytywniejszym. W między czasie przeczytałam "Girl Online" i "Jedyną", więc może wrócę jeszcze kiedyś do tych książek. A teraz żegnam i życzę miłej drugiej połowy wakacji!

poniedziałek, 6 lipca 2015

Romeo, Romeo, czemu nie umiem pisać romansów.

  Ameryka, kraj rozpuszczonych dzieciaków ze świetlaną przyszłością. Gdy przechadzasz się ulicami pięknego stanu, jakim jest Kalifornia, widzisz tylko nowoczesne domy z idealnymi ogródkami. Jedynym problemem jest to, że ogrody są sztuczne, tak jak rodziny mieszkające we wspaniałych posiadłościach. Wystarczy powiedzieć im coś o pieniądzach, a rzucą się na Ciebie jak wygłodniałe psy. Ten chory system działa już od dawna, a my możemy być tylko jego częścią. Media przedstawiają go jak coś idealnego. Bardzo dobrze wychodzi im ukrywanie złych stron mojego słonecznego stanu. Szkoda tylko, że ukrywanie prawdy nie zmieni faktu.
  Nazywam się Julia i mieszkam w stanie Kalifornia, a dokładniej w części będącej „czarną owcą rodziny”, czyli w slumsach. Łatwo ich nie zauważyć, maskowane są przez ogromne domostwa z idealnymi rodzinami. Moja rodzina i dom są ich przeciwieństwami. Mieszkamy w zatęchłej kamienicy, jednak większość czasu spędzamy naszej kawiarni, będącej już na skraju bankructwa. Tego faktu bardzo uczepiła się firma zajmująca się nieruchomościami, która strasznie chce uświadomić nam, że interes niedługo upadnie i lepiej, gdybyśmy sprzedali  budynek dla nich. Mają niezłe poczucie humoru, trzeba im to przyznać.
  Pomimo wiszącej nad nami groźby bankructwa nie zamierzamy sprzedać naszego rodzinnego biznesu dla tych nadzianych gamoni. Może będziemy mieli przez to kłopoty, ale nie ulegniemy.
  Problemy jednak zaczęły się od momentu, gdy wczoraj do mojego domu przyjechał lokaj i wręczył mi zaproszenie na przyjęcie do domu Montekich. Ach, nie zapomniałam wspomnieć, kto prowadzi wspomnianą firmę. Jej właścicielami są Maria i Robert Monteki. Podobno mają też syna, ale nigdy go nie widziałam i zbytnio się tym nie przejmuję. Im mniej mnie z nimi łączy, tym lepiej.
  Zaproszenie informowało, że na przyjęcie trzeba przyjść w masce. Kolejny powód, dlaczego nie powinnam tam iść. O dziwo, tylko ja z rodziny dostałam zaproszenie, a nie mogłam zabrać dodatkowych towarzyszy. Matka mnie niemiło zaskoczyła, przynosząc swoją starą sukienkę ze studniówki i zwykłą, białą maskę. Okazało się, że tematem jej balu były, głupim zbiegiem okoliczności, maski karnawałowe.
 Więc oto ja, Julia Kapulet, stoję teraz przed posiadłością Montekich, najgorszych wrogów mojej rodziny, ubrana w starą, pogniecioną sukienkę, trzymając w rękach pogniecione zaproszenie na przyjęcie. To z pewnością nie był mój wymarzony wieczór.

  Przed wejściem powitał mnie ochroniarz, który wyglądał jak ktoś, ktoś przedawkował sterydy. Garnitur przez niego założony był zdecydowanie za mały, bo widać było, jak ciasno opina mięśnie na rękach, jakby materiał miał zaraz pęknąć. Podałam mu zaproszenie, a gdy skwitował mnie skinieniem głowy, szybko weszłam do wielkiego domu. Powitał mnie zapach dużej ilości perfum i spoconych ciał. Z każdej strony dobiegała głośna muzyka, zdecydowanie niepasująca do tematu imprezy. Po korytarzu biegały osoby w wymyślnych maskach i balowych sukienkach. Jako jedna z niewielu miałam na sobie coś krótszego, co teraz wydało mi się znacznym plusem, bo zaczynało robić się powoli duszno. Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie tę imprezę. Wydawało mi się, że trafię na elegancki bal, a spotkała mnie zwykła, młodzieżowa impreza.
 Próbowałam przepchać się przez tłum, aby dotrzeć na górne piętro. Wcześniej zauważyłam tam balkon, a potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Co chwilę nadeptywałam na czyjąś sukienkę lub wytrącałam drinka z dłoni. Moim jedynym pragnieniem w tamtym momencie było wydostać się ze zlepki  śmierdzących ciał.
  Po trupach do celu dotarłam z trudem na górne piętro. Było tam mniej ludzi i powietrze od razu się przerzedziło. Wzięłam kilka głębokich wdechów i wydechów, po czym poszłam szukać balkonu. Otwierałam każde drzwi po kolei, czasami trafiając na niespodziewanego gościa w środku, lub nawet kilku. W żadnym z nich nie znalazłam jednak balkonu. Zrezygnowana próbowałam nacisnąć klamkę ostatniego pokoju, lecz ta była zablokowana. Nacisnęłam na nią z całej siły, ale to nic nie dało. Po kilku próbach poddałam się i wyjrzałam przez okno w korytarzu.
 Księżyc pięknie oświetlał ogród Montekich, który, trzeba przyznać, robił wrażenie. Idealnie przystrzyżone krzewy tworzyły spirale lub proste stożki, idealnie ze sobą współgrając. Tył domu porośnięty był bluszczem. Wyglądał naturalniej od wszystkich zasadzonych kwiatów i drzew w ogrodzie, jakby nadal rósł w dziczy. Nadawał domowi element fantastyczny, odrywający go od realnego świata. Zauważyłam kilka róż kwitnących razem z bluszczem. Na środku ogrodu stała kamienna ławka, na którą wprost padało światło księżyca. Nie mogłam dostrzec reszty, bo okno umiejscowiono za wysoko i miało mały rozmiar.
 Nagle w korytarzy coś huknęło. Obróciłam się przerażona i spostrzegłam, że huk spowodowały drzwi, które wcześniej próbowałam otworzyć, ale wydawały się zamknięte. Zajrzałam dyskretnie do środka i ujrzałam mój cel – balkon. Weszłam do pokoju i rozejrzałam się. Wszędzie wisiały piękne obrazy, a meble zrobione były w stylu z XVI wieku. Przy jednej ze ścian umieszczone było ogromne łoże, niczym jak dla księżniczki. Na jednym z filarów  wyryty był napis „Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył ran”. Cytat wydawał mi się znajomy, ale nie zagłębiałam się w powód, przez który go kojarzę.
 Po sprawdzeniu, czy nikt ukryty nie siedzi w pokoju uchyliłam drzwi na balkon i wyszłam. Świeże powietrze wypełniło moje płuca i wreszcie mogłam zaczerpnąć tchu. Oparłam się o poręcz i zamierzałam już ściągać maskę, gdy usłyszałam zza moich pleców czyjś głos.
 - Któż wstąpił na ziemię zakazaną?
 Z początku nie mogłam dostrzec, kto to powiedział. Przeczesałam wzrokiem pokój i obróciłam się w stronę ogrodu. Nie zauważyłam wcześniej, że balkon, pomimo, że był na pierwszym piętrze to znajdował się całkiem blisko ziemi. Po chwili zza krzaków wyłoniła się postać, lecz księżyc nie oświetlał jej twarzy. Postać nie ciągnęła za sobą jednak długiej sukni, a jej głos definitywnie należał do chłopaka. Z początku chciałam uciec, nawet do tego się przymierzałam, ale znowu zatrzymał mnie głos nieznajomego.
 - Czekaj! Nie odchodź.
 Zatrzymałam się i obróciłam się w momencie, gdy na chłopaka padło światło księżyca. Teraz dobrze widziałam jego twarzy i strój. Wyglądał na kogoś w moim wieku, twarz miał pozbawioną zmarszczek, jedynie marszczył czoło, co dodawało mu wyjątkowego uroku. Patrzył na mnie z tęsknotą w oczach, jakbyśmy już kiedyś się spotkali. Delikatne zagryzał dolną wargę, wyglądał na zdenerwowanego. Nosił zwykłą, białą koszulę i dół od garnituru. Możliwe, że wcześniej miał też marynarkę, ale ściągnął ją prawdopodobnie z powodu gorąca, jakie panowała wewnątrz domu.
 - Jak zdołałaś wejść do tego pokoju?
 Słowa ugrzęzły mi w gardle. Chciałam mu powiedzieć, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wpatrywała się tylko pusto w chłopaka, a moje serce zaczynało coraz szybciej bić. Musiałam zebrać się do kupy, bo uznałby mnie za wariatkę. Skupiłam wzrok na ławce w ogrodzie i przełknęłam ślinę.
 - W- w-iatr… wywarzył drzwi… - Nie mogłam powstrzymać drżenia w moim głosie.
 Nie wiedziałam, co sprawiło, że tak się denerwowałam. Zwykle byłam opanowaną osobę, wtedy jednak czułam ogarniającą mnie panikę. Szukałam przyczyny mojego zdenerwowania, nadal próbując nie patrzyć na obcego chłopaka.
 - Może to nie przypadek? – Ton  głosu, jakim wypowiedział to zdanie, mimowolnie zmusił mnie jeszcze raz do skupienia wzroku na chłopaku. Uśmiechał się lekko, a jego oczy błyszczały się jak gwiazdy na nocnym niebie.
 - Jak… jak masz na imię? – Opanowałam częściowo drżenie w moim głosie.
 - Romeo Monteki, a ty pewnie jesteś Julia, prawda? – Sposób, w jaki wypowiedział moje imię przyprawiło mnie o dreszcz ekscytacji. – Wyglądasz piękniej, niż mówili.
 Znowu nie mogłam nic powiedzieć. Czułam, jak oblewa mnie rumieniec, więc naciągnęłam maskę jeszcze bardziej na twarz. Całą scenografia wydawała się oderwana od  rzeczywistości. Dopiero w tamtym momencie zorientowałam się, że po lewej stronie rośnie bluszcz z różami, ten sam widziany przeze mnie wcześniej w oknie. Ja stojąca na balkonie, ubrana w skromną sukienkę i maskę, piękny chłopak stojący pod balkonem, który zna moje imię i uważa mnie za piękną, światło księżyca okalające jego twarz. I fakt, że jest synem moich wrogów.
 - Skąd znasz moje imię? – Słowa same wymknęły mi się z ust.
 - Rodzice mówili mi, że zaprosili cię na to przyjęcie, ale nie byli pewni, czy przyjdziesz. Cieszę się jednak, że to zrobiłaś, Chciałem cię poznać.
 - Nie powinieneś się mną interesować, nasz rodziny nie są do siebie przyjaźnie nastawione. – Nie chciałam tego mówić, ale słowa same napływały. Zakrywały moje prawdziwe myśli, nie pozwalając wyrazić emocji, które w sobie skrywałam. – To niebezpieczna znajomość.
 - Nie wszystko co dobre, jest bezpieczne. – Ściągnął brwi. – Dla ciebie mógłbym zrzec się nazwiska.
 - Dopiero mnie poznałeś, jak możesz być takie pewny? – Wiedziałam, że może, bo ja też byłabym zdolna to zrobić. Nie wiem, czemu Romeo tak mnie zauroczył i przyciągał do siebie.
 - Tak, dopiero cię poznałem, ale wydajesz mi się znajoma, jakbyśmy już dawno się znali.
 - Więc kochasz mnie?
 Nie wierzyłam, że powiedziałam to na głos. Pytanie ukrywające się w zakamarkach mojej głowy wypełzło z niej niespodziewanie. Całą oblałam się rumieńcem i obróciłam głowę. Wszystkie moje uczucia wydawały mi się dziwne, nagłe… ale prawdziwe.
 -  Odpowiem ci tylko, jak zdejmiesz maskę. – Romeo przeciągnął palcami po swojej, zawieszonej na pasku spodni.
 Nie chciałam zdejmować maski. Nie chciałam, aby zobaczył moją twarz, które płonęła teraz ze zawstydzenia i ekscytacji. Mogłam też łatwiej skrywać emocję, a bez niej stałabym się zupełnie goła. Nie mogłam zatrzymać jednak ręki wędrującej powoli to mojej głowy i ściągającej maskę. Uwalniając przy tym moje spięte włosy. Na moment poczułam się jak prawdziwa księżniczka, stojąc na balkonie, gdy za mną znajdował się przepiękny, pewnie stary pokój.
 - Przysięgam na księżyc, że nigdy nie widziałem kogoś tak równie pięknego jak ty i tak szybko kogoś nie pokochałem.
 - Nie przysięgaj na nic, udowodnij swoje uczucie. – Nie chciałam, aby mój głos brzmiał tak szorstko, jednak pragnęłam, aby udowodnił swa miłość.
 - A więc, jak mogę to zrobić? – Na jego twarzy odmalowało się prawdziwe zatroskanie i determinacja.
  Wpadłam na pewien pomysł.
 - Przyjdź jutro do mojej piekarni, nie zważając na rodzinę i bez uczucia wstydu spędź ze mną dzień. Jej adres pewnie jest ci znany. – Romeo przytaknął. – To jedyne, czego od ciebie wymagam.
  - Przyjdę, powiedz jeszcze tylko, o której godzinie?
 - Piekarnię otwieramy od dziewiątej, przyjdź godzinę później.
 Myślałam, że serce zaraz rozedrze mi klatkę piersiową. Całą mnie wypełniło bezgraniczne szczęście, euforia pozytywnych emocji. Napełniła mnie wiara, że jednak będzie dobrze.
 - Żegnaj, Julio, do zobaczenia, nie rozstawałbym się z tobą, ale niestety nie mogę tego uczynić.
 Poczułam nieprzyjemnie ukucie w klatce piersiowej. Zignorowałam je, próbując dopuścić do siebie tylko te pozytywne emocje. Słyszałam jednak swoje drżenie w głosie, gdy mówiłam.
 - Żegnaj Romeo, niech to pożegnanie nie będzie ostatnim.
 Odszedł, dygając przede mną, a ja szybko wyszłam z pokoju i wybiegłam z posiadłości Montekich. Ludzie, którzy jeszcze chodzili po ulicach miasta, patrzyli na mnie z politowaniem, albo jak na wariatkę. Nie dziwiłam im się, bo sama zdawałam sobie sprawę, że oszalałam.
 Oszalałam z miłości.


czwartek, 25 czerwca 2015

You can't fight the friction


Dupek. Idiota. Gamoń.
 Nie rozumiem, po co wydał to zarządzenie. Nic mu nie daje, a nam zabiera. Mam ochotę rozszarpać go własnymi, martwymi rękami. Najgorsze jest to, że nikt się tym nie przejmuje. Wzruszają tylko ramionami. Jak mogą nie czuć utraty resztek wolności?
 Ach, zapomniałam. Oni nigdy jej nie mieli.
Teraz, gdy stoję przed Bramą Bogów, aby wygarnąć mu, co o tym wszystkim myślę, cała pewność siebie mnie opuściła. Porwałam się na głęboką wodę i powoli tonę. Nienawidzę tych przebłysków człowieczeństwa. Wtedy staję się słaba. Zamykam się w sobie. I powoli dryfuje przy dnie.

 Poczułam się, jakby ktoś nagle oblał mnie lodowatą wodą. Otworzyłam oczy, ale nie widziałam nic poza ściskającą i duszącą mnie ciemnością. Powoli zaczynało mi brakować tchu, więc powinnam zacząć się dusić. Ale tak się nie dzieje. Zamiast tego z mojej piersi dobywa się przerażający krzyk, który rozrywa mi bębenki. Czuję krew w ustach, ściekającą z mojego podniebienia przebitego setkami małych, ostrych kłów. Nie jestem zdolna zamknąć ust, bo uzębienie coraz mocniej przebija moją cienką skórę, wywołując niesamowity ból. Nie mogę go wytrzymać. Zaciskam palce na twarzy i zwierzęcymi pazurami rozrywam policzki, a następnie przechodzę do oczu.  Niemiłosiernie boli mnie odrywana skóra i słyszę, jak krzyczę w agonii. Wydłubuję sobie gałki oczne, a galaretowata, przezroczysta maź wymieszana z krwią spływa mi prosto do ust. Mam ochotę zwymiotować, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Coraz większy ból ogarnia moje całe ciało, a ja go nie wytrzymuję.
 Walę nieludzkimi dłońmi w niewidzialne ściany otaczające mnie ze wszystkich stron. Znajduje się na nich coś w rodzaju druta kolczastego, ale z taką różnicą, że jest tak gorące, jakbyś za jednym dotknięciem płonął żywcem. Szybko i dziko jak zwierzę rzucam całym ciałem na ścianę i przebijam nabrzmiałą skórę. Po chwili nabijania i wyrywania skóry rozpalonymi drutami krew wypełnia każdą część mojego ciała. Nie mogę zdusić w sobie suchego szlochu.
 Później tylko padam głucho na podłogę.

 Wstałam, choć ledwo mogłam utrzymać się na nogach. Poczułam ten znajomy zapach stęchlizny i zgniłego mięsa. Była jeszcze jedna woń, która dobiegała ode mnie – zapach dymu. Blizny na moim ciele piekły skórę, jednak przyzwyczaiłam się już do takiego rodzaju bólu. Jak za każdym razem moją szyję krępował zardzewiały łańcuch. Wbijające się w podniebienie kły też nie były przyjemnym elementem.
Wiedziałam, że zwykli ludzie widzieli tylko dwie czarne, smoliste dziury na miejscu moich oczu, jednak widziałam wszystko wyraźne i przejrzyście. Splątane, popielate włosy okalał wianek z wielkim, jelenim porożem. Niezbyt praktyczne, ale przynajmniej ładnie wygląda. Miałam jeszcze założoną białą, porwaną sukienkę do kolan. Moje ręce i stopy rozkładały się na części pierwsze, gdzieniegdzie nawet wystawały kości.
 Panowanie nad postacią ducha nie jest moją najlepszą stroną, dlatego Bogowie postanowili dać mi wielki nóż, który wbijam w ścianę i poruszam się przez korytarze opuszczonego domu. Taki tasak daje też niezły efekt, odstraszając przy tym żądnych przeżyć nastolatków.
 Ach, przepraszam za takie chaotyczne ułożenie myśli.
 Zaczęło się rozporządzenia, które wydał Kserion - mieliśmy porzucić wszystko, co było związane z naszym dawnym życiem.  Ubrania, wspomnienia, imienia. Wszystko, co trzymało nas choć odrobinę człowieczeństwa.  Nikt jednak nie protestował, oprócz mnie i paru osób. Chciałam udać się na „skargę”, lecz przed wejściem do siedziby Bogów ktoś na Ziemi użył Wezwania. Gdy ktoś go użyje, nasze dusze sprowadzane są do powłok duchów w świecie ludzi, a każdy przechodzi proces przejścia inaczej. Gdzieś pośrodku Czyśćca i Ziemi nastaje moment, kiedy przybieramy prawie cielesną formę, w której możemy poruszać się po przypisanym nam terenie. Mówiąc o nas, mam na myśli Zniewolonych. Wspominałam wcześniej o tym, że musimy się z czymś takim mierzyć, ale nie każdy przechodzi przez to tak boleśnie jak ja. Można się przyzwyczaić do rozrywającego cie bólu, to jedyne pocieszenie jakie mam.
 Zniewoleni mogą przybrać czasami więcej niż jedną formę na Ziemi. To zależne jest od tego, jak wyobrażają sobie twoją postać ludzie. Pewnie słyszeliście o Krwawej Mary – tak, to nie tylko legenda – istnieją o niej dwa podania. W pierwszym po wykonaniu odpowiednich czynności w lustrze pokaże ona twarz przyszłego małżonka albo czaszkę, a w innym po odprawieniu rytuału osoby biorące w nim udział narażone najczęściej na śmierć. To, w jakiej formie przybędzie na Ziemię, zależy od ludzi, którzy przywołają tę wersję, jaką chcą ujrzeć. Nie możemy jednak zadawać fizycznego bólu, więc ta druga wersja Mary najwyżej ześle na ciebie przerażające wizje.
 Ze mną jest podobnie, mogę przybrać dwie wersje. Jedną z nich opisywałam wcześniej, to postać małej dziewczynki bez ręki i dwóch nóżek, powiązana z legendą o Ruby Roosevelt, którą posądzano o wymordowanie całej swojej rodziny. Po dokonanej zbrodni została rozerwana przez dzikie koty. Nigdy nie ustalono, czy to prawda, ale dzięki tym pogłoska narodziła się legenda. W tej wersji Ruby nawiedza swój rodzinny dom, a każdy, kto wkroczy do domu z kotem zostanie rozerwany na strzępy.

 Druga wersja nie ma dokładniej genezy, lecz podobno w niej Ruby nie była morderczynią, a ofiarą, którą zabito ozdobnym porożem jelenia. Przebito jej klatkę piersiową i oczy. Później ciało spalono, by nikt nie mógł znaleźć dowodów, że popełniono jakąkolwiek zbrodnie. Wezwanie następuje poprzez przyniesienie jelenich rogów i podpalenie ich.
Nie przepadam za ludźmi, którzy mnie Wzywają.

wtorek, 9 czerwca 2015

Anyone looking for a paradise lost

Bonjuor, mili państwo. Nie, dzisiaj nie będzie nic o Francji. Wakacje tuż za rogiem, a chęci coraz mniej. Coś tam się pisze, coś tam rysuje, ale umysł już sięga wakacji. Chciałam pokazać wam kilka rysunków sprzed około miesiąca, bo w sumie nie mam przygotowanego żadnego innego tematu na dzisiaj. Opowiadania też nie mam, chociaż... w sumie mam jedno, ale zatrzymam go na później (": (((mam zdecydowanie za dużo opowiadań na głowie tbh))). Ale przejdźmy już do rysunków, bo po kilku postach, gdzie męczyłam was moim pisaniem, teraz przyszedł czas na męczenie was rysunkami.


 Wrzucam tutaj mój zbiór rysunków z dA. Jak widać są na nim dwa liście, które wam już pokazywałam. Od górnego lewego rogu - moja OC Canis Ezo, OC Czikority Olivia Puppy, moja zaadoptowana syrenka, córka Yuki-onny Trefla, Liść w dżapańskim mundurku, niżej sailor Liść, paintowa główka demona, moja OC Iazumi, randomowa dziewczyna, chibi Varii, szybka paintowa główka Chiyuki z Death Parade, a dziewczyna i stworek to też moje OC. Wiele z tych rysunków ma jakieś 3-4 miesiące. Niestety nie mam żadnych nowszych rysunków, ponieważ jestem zbyt leniwa, aby udać się do drukarki :''D


Niedokończony projekt stroju mojej OC, Agnes Reivo. Robiłam go w paincie, ponieważ na laptopie nie mam żadnego innego programu graficznego.


 Basic Agnes. Muszę przyznać, że jestem dumna ze skrzydeł, ale zwaliłam twarz (':

Basic mojej OC, Faith. Robione jeszcze zanim kupiłam sobie tablet graficzny.

Pewnie znalazłyby się jeszcze po drodze jakieś bazgroły, jednak po remoncie pokoju zostałam z laptopem, na którym nic nie mam. Częstotliwość postów powinna poprawić się, gdy zdobędę nowy komputer, czyli tak gdzieś w wakacje. Na dzisiaj to wszystko, żegnam was, satis verborum.