poniedziałek, 6 lipca 2015

Romeo, Romeo, czemu nie umiem pisać romansów.

  Ameryka, kraj rozpuszczonych dzieciaków ze świetlaną przyszłością. Gdy przechadzasz się ulicami pięknego stanu, jakim jest Kalifornia, widzisz tylko nowoczesne domy z idealnymi ogródkami. Jedynym problemem jest to, że ogrody są sztuczne, tak jak rodziny mieszkające we wspaniałych posiadłościach. Wystarczy powiedzieć im coś o pieniądzach, a rzucą się na Ciebie jak wygłodniałe psy. Ten chory system działa już od dawna, a my możemy być tylko jego częścią. Media przedstawiają go jak coś idealnego. Bardzo dobrze wychodzi im ukrywanie złych stron mojego słonecznego stanu. Szkoda tylko, że ukrywanie prawdy nie zmieni faktu.
  Nazywam się Julia i mieszkam w stanie Kalifornia, a dokładniej w części będącej „czarną owcą rodziny”, czyli w slumsach. Łatwo ich nie zauważyć, maskowane są przez ogromne domostwa z idealnymi rodzinami. Moja rodzina i dom są ich przeciwieństwami. Mieszkamy w zatęchłej kamienicy, jednak większość czasu spędzamy naszej kawiarni, będącej już na skraju bankructwa. Tego faktu bardzo uczepiła się firma zajmująca się nieruchomościami, która strasznie chce uświadomić nam, że interes niedługo upadnie i lepiej, gdybyśmy sprzedali  budynek dla nich. Mają niezłe poczucie humoru, trzeba im to przyznać.
  Pomimo wiszącej nad nami groźby bankructwa nie zamierzamy sprzedać naszego rodzinnego biznesu dla tych nadzianych gamoni. Może będziemy mieli przez to kłopoty, ale nie ulegniemy.
  Problemy jednak zaczęły się od momentu, gdy wczoraj do mojego domu przyjechał lokaj i wręczył mi zaproszenie na przyjęcie do domu Montekich. Ach, nie zapomniałam wspomnieć, kto prowadzi wspomnianą firmę. Jej właścicielami są Maria i Robert Monteki. Podobno mają też syna, ale nigdy go nie widziałam i zbytnio się tym nie przejmuję. Im mniej mnie z nimi łączy, tym lepiej.
  Zaproszenie informowało, że na przyjęcie trzeba przyjść w masce. Kolejny powód, dlaczego nie powinnam tam iść. O dziwo, tylko ja z rodziny dostałam zaproszenie, a nie mogłam zabrać dodatkowych towarzyszy. Matka mnie niemiło zaskoczyła, przynosząc swoją starą sukienkę ze studniówki i zwykłą, białą maskę. Okazało się, że tematem jej balu były, głupim zbiegiem okoliczności, maski karnawałowe.
 Więc oto ja, Julia Kapulet, stoję teraz przed posiadłością Montekich, najgorszych wrogów mojej rodziny, ubrana w starą, pogniecioną sukienkę, trzymając w rękach pogniecione zaproszenie na przyjęcie. To z pewnością nie był mój wymarzony wieczór.

  Przed wejściem powitał mnie ochroniarz, który wyglądał jak ktoś, ktoś przedawkował sterydy. Garnitur przez niego założony był zdecydowanie za mały, bo widać było, jak ciasno opina mięśnie na rękach, jakby materiał miał zaraz pęknąć. Podałam mu zaproszenie, a gdy skwitował mnie skinieniem głowy, szybko weszłam do wielkiego domu. Powitał mnie zapach dużej ilości perfum i spoconych ciał. Z każdej strony dobiegała głośna muzyka, zdecydowanie niepasująca do tematu imprezy. Po korytarzu biegały osoby w wymyślnych maskach i balowych sukienkach. Jako jedna z niewielu miałam na sobie coś krótszego, co teraz wydało mi się znacznym plusem, bo zaczynało robić się powoli duszno. Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie tę imprezę. Wydawało mi się, że trafię na elegancki bal, a spotkała mnie zwykła, młodzieżowa impreza.
 Próbowałam przepchać się przez tłum, aby dotrzeć na górne piętro. Wcześniej zauważyłam tam balkon, a potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Co chwilę nadeptywałam na czyjąś sukienkę lub wytrącałam drinka z dłoni. Moim jedynym pragnieniem w tamtym momencie było wydostać się ze zlepki  śmierdzących ciał.
  Po trupach do celu dotarłam z trudem na górne piętro. Było tam mniej ludzi i powietrze od razu się przerzedziło. Wzięłam kilka głębokich wdechów i wydechów, po czym poszłam szukać balkonu. Otwierałam każde drzwi po kolei, czasami trafiając na niespodziewanego gościa w środku, lub nawet kilku. W żadnym z nich nie znalazłam jednak balkonu. Zrezygnowana próbowałam nacisnąć klamkę ostatniego pokoju, lecz ta była zablokowana. Nacisnęłam na nią z całej siły, ale to nic nie dało. Po kilku próbach poddałam się i wyjrzałam przez okno w korytarzu.
 Księżyc pięknie oświetlał ogród Montekich, który, trzeba przyznać, robił wrażenie. Idealnie przystrzyżone krzewy tworzyły spirale lub proste stożki, idealnie ze sobą współgrając. Tył domu porośnięty był bluszczem. Wyglądał naturalniej od wszystkich zasadzonych kwiatów i drzew w ogrodzie, jakby nadal rósł w dziczy. Nadawał domowi element fantastyczny, odrywający go od realnego świata. Zauważyłam kilka róż kwitnących razem z bluszczem. Na środku ogrodu stała kamienna ławka, na którą wprost padało światło księżyca. Nie mogłam dostrzec reszty, bo okno umiejscowiono za wysoko i miało mały rozmiar.
 Nagle w korytarzy coś huknęło. Obróciłam się przerażona i spostrzegłam, że huk spowodowały drzwi, które wcześniej próbowałam otworzyć, ale wydawały się zamknięte. Zajrzałam dyskretnie do środka i ujrzałam mój cel – balkon. Weszłam do pokoju i rozejrzałam się. Wszędzie wisiały piękne obrazy, a meble zrobione były w stylu z XVI wieku. Przy jednej ze ścian umieszczone było ogromne łoże, niczym jak dla księżniczki. Na jednym z filarów  wyryty był napis „Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył ran”. Cytat wydawał mi się znajomy, ale nie zagłębiałam się w powód, przez który go kojarzę.
 Po sprawdzeniu, czy nikt ukryty nie siedzi w pokoju uchyliłam drzwi na balkon i wyszłam. Świeże powietrze wypełniło moje płuca i wreszcie mogłam zaczerpnąć tchu. Oparłam się o poręcz i zamierzałam już ściągać maskę, gdy usłyszałam zza moich pleców czyjś głos.
 - Któż wstąpił na ziemię zakazaną?
 Z początku nie mogłam dostrzec, kto to powiedział. Przeczesałam wzrokiem pokój i obróciłam się w stronę ogrodu. Nie zauważyłam wcześniej, że balkon, pomimo, że był na pierwszym piętrze to znajdował się całkiem blisko ziemi. Po chwili zza krzaków wyłoniła się postać, lecz księżyc nie oświetlał jej twarzy. Postać nie ciągnęła za sobą jednak długiej sukni, a jej głos definitywnie należał do chłopaka. Z początku chciałam uciec, nawet do tego się przymierzałam, ale znowu zatrzymał mnie głos nieznajomego.
 - Czekaj! Nie odchodź.
 Zatrzymałam się i obróciłam się w momencie, gdy na chłopaka padło światło księżyca. Teraz dobrze widziałam jego twarzy i strój. Wyglądał na kogoś w moim wieku, twarz miał pozbawioną zmarszczek, jedynie marszczył czoło, co dodawało mu wyjątkowego uroku. Patrzył na mnie z tęsknotą w oczach, jakbyśmy już kiedyś się spotkali. Delikatne zagryzał dolną wargę, wyglądał na zdenerwowanego. Nosił zwykłą, białą koszulę i dół od garnituru. Możliwe, że wcześniej miał też marynarkę, ale ściągnął ją prawdopodobnie z powodu gorąca, jakie panowała wewnątrz domu.
 - Jak zdołałaś wejść do tego pokoju?
 Słowa ugrzęzły mi w gardle. Chciałam mu powiedzieć, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wpatrywała się tylko pusto w chłopaka, a moje serce zaczynało coraz szybciej bić. Musiałam zebrać się do kupy, bo uznałby mnie za wariatkę. Skupiłam wzrok na ławce w ogrodzie i przełknęłam ślinę.
 - W- w-iatr… wywarzył drzwi… - Nie mogłam powstrzymać drżenia w moim głosie.
 Nie wiedziałam, co sprawiło, że tak się denerwowałam. Zwykle byłam opanowaną osobę, wtedy jednak czułam ogarniającą mnie panikę. Szukałam przyczyny mojego zdenerwowania, nadal próbując nie patrzyć na obcego chłopaka.
 - Może to nie przypadek? – Ton  głosu, jakim wypowiedział to zdanie, mimowolnie zmusił mnie jeszcze raz do skupienia wzroku na chłopaku. Uśmiechał się lekko, a jego oczy błyszczały się jak gwiazdy na nocnym niebie.
 - Jak… jak masz na imię? – Opanowałam częściowo drżenie w moim głosie.
 - Romeo Monteki, a ty pewnie jesteś Julia, prawda? – Sposób, w jaki wypowiedział moje imię przyprawiło mnie o dreszcz ekscytacji. – Wyglądasz piękniej, niż mówili.
 Znowu nie mogłam nic powiedzieć. Czułam, jak oblewa mnie rumieniec, więc naciągnęłam maskę jeszcze bardziej na twarz. Całą scenografia wydawała się oderwana od  rzeczywistości. Dopiero w tamtym momencie zorientowałam się, że po lewej stronie rośnie bluszcz z różami, ten sam widziany przeze mnie wcześniej w oknie. Ja stojąca na balkonie, ubrana w skromną sukienkę i maskę, piękny chłopak stojący pod balkonem, który zna moje imię i uważa mnie za piękną, światło księżyca okalające jego twarz. I fakt, że jest synem moich wrogów.
 - Skąd znasz moje imię? – Słowa same wymknęły mi się z ust.
 - Rodzice mówili mi, że zaprosili cię na to przyjęcie, ale nie byli pewni, czy przyjdziesz. Cieszę się jednak, że to zrobiłaś, Chciałem cię poznać.
 - Nie powinieneś się mną interesować, nasz rodziny nie są do siebie przyjaźnie nastawione. – Nie chciałam tego mówić, ale słowa same napływały. Zakrywały moje prawdziwe myśli, nie pozwalając wyrazić emocji, które w sobie skrywałam. – To niebezpieczna znajomość.
 - Nie wszystko co dobre, jest bezpieczne. – Ściągnął brwi. – Dla ciebie mógłbym zrzec się nazwiska.
 - Dopiero mnie poznałeś, jak możesz być takie pewny? – Wiedziałam, że może, bo ja też byłabym zdolna to zrobić. Nie wiem, czemu Romeo tak mnie zauroczył i przyciągał do siebie.
 - Tak, dopiero cię poznałem, ale wydajesz mi się znajoma, jakbyśmy już dawno się znali.
 - Więc kochasz mnie?
 Nie wierzyłam, że powiedziałam to na głos. Pytanie ukrywające się w zakamarkach mojej głowy wypełzło z niej niespodziewanie. Całą oblałam się rumieńcem i obróciłam głowę. Wszystkie moje uczucia wydawały mi się dziwne, nagłe… ale prawdziwe.
 -  Odpowiem ci tylko, jak zdejmiesz maskę. – Romeo przeciągnął palcami po swojej, zawieszonej na pasku spodni.
 Nie chciałam zdejmować maski. Nie chciałam, aby zobaczył moją twarz, które płonęła teraz ze zawstydzenia i ekscytacji. Mogłam też łatwiej skrywać emocję, a bez niej stałabym się zupełnie goła. Nie mogłam zatrzymać jednak ręki wędrującej powoli to mojej głowy i ściągającej maskę. Uwalniając przy tym moje spięte włosy. Na moment poczułam się jak prawdziwa księżniczka, stojąc na balkonie, gdy za mną znajdował się przepiękny, pewnie stary pokój.
 - Przysięgam na księżyc, że nigdy nie widziałem kogoś tak równie pięknego jak ty i tak szybko kogoś nie pokochałem.
 - Nie przysięgaj na nic, udowodnij swoje uczucie. – Nie chciałam, aby mój głos brzmiał tak szorstko, jednak pragnęłam, aby udowodnił swa miłość.
 - A więc, jak mogę to zrobić? – Na jego twarzy odmalowało się prawdziwe zatroskanie i determinacja.
  Wpadłam na pewien pomysł.
 - Przyjdź jutro do mojej piekarni, nie zważając na rodzinę i bez uczucia wstydu spędź ze mną dzień. Jej adres pewnie jest ci znany. – Romeo przytaknął. – To jedyne, czego od ciebie wymagam.
  - Przyjdę, powiedz jeszcze tylko, o której godzinie?
 - Piekarnię otwieramy od dziewiątej, przyjdź godzinę później.
 Myślałam, że serce zaraz rozedrze mi klatkę piersiową. Całą mnie wypełniło bezgraniczne szczęście, euforia pozytywnych emocji. Napełniła mnie wiara, że jednak będzie dobrze.
 - Żegnaj, Julio, do zobaczenia, nie rozstawałbym się z tobą, ale niestety nie mogę tego uczynić.
 Poczułam nieprzyjemnie ukucie w klatce piersiowej. Zignorowałam je, próbując dopuścić do siebie tylko te pozytywne emocje. Słyszałam jednak swoje drżenie w głosie, gdy mówiłam.
 - Żegnaj Romeo, niech to pożegnanie nie będzie ostatnim.
 Odszedł, dygając przede mną, a ja szybko wyszłam z pokoju i wybiegłam z posiadłości Montekich. Ludzie, którzy jeszcze chodzili po ulicach miasta, patrzyli na mnie z politowaniem, albo jak na wariatkę. Nie dziwiłam im się, bo sama zdawałam sobie sprawę, że oszalałam.
 Oszalałam z miłości.


czwartek, 25 czerwca 2015

You can't fight the friction


Dupek. Idiota. Gamoń.
 Nie rozumiem, po co wydał to zarządzenie. Nic mu nie daje, a nam zabiera. Mam ochotę rozszarpać go własnymi, martwymi rękami. Najgorsze jest to, że nikt się tym nie przejmuje. Wzruszają tylko ramionami. Jak mogą nie czuć utraty resztek wolności?
 Ach, zapomniałam. Oni nigdy jej nie mieli.
Teraz, gdy stoję przed Bramą Bogów, aby wygarnąć mu, co o tym wszystkim myślę, cała pewność siebie mnie opuściła. Porwałam się na głęboką wodę i powoli tonę. Nienawidzę tych przebłysków człowieczeństwa. Wtedy staję się słaba. Zamykam się w sobie. I powoli dryfuje przy dnie.

 Poczułam się, jakby ktoś nagle oblał mnie lodowatą wodą. Otworzyłam oczy, ale nie widziałam nic poza ściskającą i duszącą mnie ciemnością. Powoli zaczynało mi brakować tchu, więc powinnam zacząć się dusić. Ale tak się nie dzieje. Zamiast tego z mojej piersi dobywa się przerażający krzyk, który rozrywa mi bębenki. Czuję krew w ustach, ściekającą z mojego podniebienia przebitego setkami małych, ostrych kłów. Nie jestem zdolna zamknąć ust, bo uzębienie coraz mocniej przebija moją cienką skórę, wywołując niesamowity ból. Nie mogę go wytrzymać. Zaciskam palce na twarzy i zwierzęcymi pazurami rozrywam policzki, a następnie przechodzę do oczu.  Niemiłosiernie boli mnie odrywana skóra i słyszę, jak krzyczę w agonii. Wydłubuję sobie gałki oczne, a galaretowata, przezroczysta maź wymieszana z krwią spływa mi prosto do ust. Mam ochotę zwymiotować, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Coraz większy ból ogarnia moje całe ciało, a ja go nie wytrzymuję.
 Walę nieludzkimi dłońmi w niewidzialne ściany otaczające mnie ze wszystkich stron. Znajduje się na nich coś w rodzaju druta kolczastego, ale z taką różnicą, że jest tak gorące, jakbyś za jednym dotknięciem płonął żywcem. Szybko i dziko jak zwierzę rzucam całym ciałem na ścianę i przebijam nabrzmiałą skórę. Po chwili nabijania i wyrywania skóry rozpalonymi drutami krew wypełnia każdą część mojego ciała. Nie mogę zdusić w sobie suchego szlochu.
 Później tylko padam głucho na podłogę.

 Wstałam, choć ledwo mogłam utrzymać się na nogach. Poczułam ten znajomy zapach stęchlizny i zgniłego mięsa. Była jeszcze jedna woń, która dobiegała ode mnie – zapach dymu. Blizny na moim ciele piekły skórę, jednak przyzwyczaiłam się już do takiego rodzaju bólu. Jak za każdym razem moją szyję krępował zardzewiały łańcuch. Wbijające się w podniebienie kły też nie były przyjemnym elementem.
Wiedziałam, że zwykli ludzie widzieli tylko dwie czarne, smoliste dziury na miejscu moich oczu, jednak widziałam wszystko wyraźne i przejrzyście. Splątane, popielate włosy okalał wianek z wielkim, jelenim porożem. Niezbyt praktyczne, ale przynajmniej ładnie wygląda. Miałam jeszcze założoną białą, porwaną sukienkę do kolan. Moje ręce i stopy rozkładały się na części pierwsze, gdzieniegdzie nawet wystawały kości.
 Panowanie nad postacią ducha nie jest moją najlepszą stroną, dlatego Bogowie postanowili dać mi wielki nóż, który wbijam w ścianę i poruszam się przez korytarze opuszczonego domu. Taki tasak daje też niezły efekt, odstraszając przy tym żądnych przeżyć nastolatków.
 Ach, przepraszam za takie chaotyczne ułożenie myśli.
 Zaczęło się rozporządzenia, które wydał Kserion - mieliśmy porzucić wszystko, co było związane z naszym dawnym życiem.  Ubrania, wspomnienia, imienia. Wszystko, co trzymało nas choć odrobinę człowieczeństwa.  Nikt jednak nie protestował, oprócz mnie i paru osób. Chciałam udać się na „skargę”, lecz przed wejściem do siedziby Bogów ktoś na Ziemi użył Wezwania. Gdy ktoś go użyje, nasze dusze sprowadzane są do powłok duchów w świecie ludzi, a każdy przechodzi proces przejścia inaczej. Gdzieś pośrodku Czyśćca i Ziemi nastaje moment, kiedy przybieramy prawie cielesną formę, w której możemy poruszać się po przypisanym nam terenie. Mówiąc o nas, mam na myśli Zniewolonych. Wspominałam wcześniej o tym, że musimy się z czymś takim mierzyć, ale nie każdy przechodzi przez to tak boleśnie jak ja. Można się przyzwyczaić do rozrywającego cie bólu, to jedyne pocieszenie jakie mam.
 Zniewoleni mogą przybrać czasami więcej niż jedną formę na Ziemi. To zależne jest od tego, jak wyobrażają sobie twoją postać ludzie. Pewnie słyszeliście o Krwawej Mary – tak, to nie tylko legenda – istnieją o niej dwa podania. W pierwszym po wykonaniu odpowiednich czynności w lustrze pokaże ona twarz przyszłego małżonka albo czaszkę, a w innym po odprawieniu rytuału osoby biorące w nim udział narażone najczęściej na śmierć. To, w jakiej formie przybędzie na Ziemię, zależy od ludzi, którzy przywołają tę wersję, jaką chcą ujrzeć. Nie możemy jednak zadawać fizycznego bólu, więc ta druga wersja Mary najwyżej ześle na ciebie przerażające wizje.
 Ze mną jest podobnie, mogę przybrać dwie wersje. Jedną z nich opisywałam wcześniej, to postać małej dziewczynki bez ręki i dwóch nóżek, powiązana z legendą o Ruby Roosevelt, którą posądzano o wymordowanie całej swojej rodziny. Po dokonanej zbrodni została rozerwana przez dzikie koty. Nigdy nie ustalono, czy to prawda, ale dzięki tym pogłoska narodziła się legenda. W tej wersji Ruby nawiedza swój rodzinny dom, a każdy, kto wkroczy do domu z kotem zostanie rozerwany na strzępy.

 Druga wersja nie ma dokładniej genezy, lecz podobno w niej Ruby nie była morderczynią, a ofiarą, którą zabito ozdobnym porożem jelenia. Przebito jej klatkę piersiową i oczy. Później ciało spalono, by nikt nie mógł znaleźć dowodów, że popełniono jakąkolwiek zbrodnie. Wezwanie następuje poprzez przyniesienie jelenich rogów i podpalenie ich.
Nie przepadam za ludźmi, którzy mnie Wzywają.

wtorek, 9 czerwca 2015

Anyone looking for a paradise lost

Bonjuor, mili państwo. Nie, dzisiaj nie będzie nic o Francji. Wakacje tuż za rogiem, a chęci coraz mniej. Coś tam się pisze, coś tam rysuje, ale umysł już sięga wakacji. Chciałam pokazać wam kilka rysunków sprzed około miesiąca, bo w sumie nie mam przygotowanego żadnego innego tematu na dzisiaj. Opowiadania też nie mam, chociaż... w sumie mam jedno, ale zatrzymam go na później (": (((mam zdecydowanie za dużo opowiadań na głowie tbh))). Ale przejdźmy już do rysunków, bo po kilku postach, gdzie męczyłam was moim pisaniem, teraz przyszedł czas na męczenie was rysunkami.


 Wrzucam tutaj mój zbiór rysunków z dA. Jak widać są na nim dwa liście, które wam już pokazywałam. Od górnego lewego rogu - moja OC Canis Ezo, OC Czikority Olivia Puppy, moja zaadoptowana syrenka, córka Yuki-onny Trefla, Liść w dżapańskim mundurku, niżej sailor Liść, paintowa główka demona, moja OC Iazumi, randomowa dziewczyna, chibi Varii, szybka paintowa główka Chiyuki z Death Parade, a dziewczyna i stworek to też moje OC. Wiele z tych rysunków ma jakieś 3-4 miesiące. Niestety nie mam żadnych nowszych rysunków, ponieważ jestem zbyt leniwa, aby udać się do drukarki :''D


Niedokończony projekt stroju mojej OC, Agnes Reivo. Robiłam go w paincie, ponieważ na laptopie nie mam żadnego innego programu graficznego.


 Basic Agnes. Muszę przyznać, że jestem dumna ze skrzydeł, ale zwaliłam twarz (':

Basic mojej OC, Faith. Robione jeszcze zanim kupiłam sobie tablet graficzny.

Pewnie znalazłyby się jeszcze po drodze jakieś bazgroły, jednak po remoncie pokoju zostałam z laptopem, na którym nic nie mam. Częstotliwość postów powinna poprawić się, gdy zdobędę nowy komputer, czyli tak gdzieś w wakacje. Na dzisiaj to wszystko, żegnam was, satis verborum.

poniedziałek, 11 maja 2015

Książki - z czym to się je?

 Hello wszystkim, dzisiaj przychodzę do was z taką moja mini opinią na pewien często poruszany temat - czy warto czytać książki? Od razu na wstępie powiem prosto - tak. Tu już nawet nie chodzi o inne poglądy na świat czy inne takie bajery, książki są jednym z najpiękniejszych rzeczy, jakie stworzyli ludzie. Ale bez przedłużania przedstawię wam kilka faktów, które to potwierdzą.


Czytanie uczy wrażliwości

 Niektórym może wydać się to dziwne, jednak dla mnie jest to najważniejsza rzecz, jaką czynią książki - uczą nas myśleć samodzielnie, uczą nas dostrzegać inaczej świat. Dzisiaj mamy do wyboru wiele gatunków, od horrorów do książki dla dzieci i każda z nich może nas czegoś nauczyć. Zaczynamy cenić słowo i przesłanie, jakie może być w nim zawarte. Nawet ze zwykłej książki dla dzieci możemy poznać delikatność i dobro, z jakiego składa się dziecięcy świat. Przez książki nie raz już przekazywane są pozytywne myśli i rady, ważne lekcje, których czasami po prostu nie mamy jak się nauczyć. Może nie zauważycie tego od razu, ale z książką na książkę podejdziecie do paru spraw inaczej, zaczniecie zauważać rzeczy wcześniej dla was niewidoczne, a teraz tak oczywiste. Nie musicie czytać od razu jakiś głębokich rozpraw filozoficznych, dobra książka zawiera zawsze w sobie jakieś prawdy.


Jeżeli nie zaakceptuje Cię realny świat, książki to zrobią

Teraz pewnie niektórzy powiedzieliby - "Ale przecież trzeba się socjalizować, wychodzić do ludzi!". No tak, człowiek jest stworzeniem potrzebującym kontaktu z innymi, ale nie każdy ma tyle szczęścia, by tych innych mieć. Są osoby odtrącone od społeczności, choć tak naprawdę są wyjątkowo idealni. Jednak światem od lat rządzi zasada "normalności" i każdy, kto się wyróżnia, jest wyrzucany ze społeczeństwa. Na przestrzeni lat jednak ta zasada powoli zanika za zasługą wielu ludzi walczących o prawa innych. Lecz nie zawsze można pomóc wszystkim i znajdują się osoby skazane tylko na siebie. Wtedy do życia warto wprowadzić książki. Książki nie ocenią cię po wyglądzie, kolorze skóry czy płci. Książki zaakceptują Cię i dadzą nowy świat, w którym masz szansę się odnaleźć. Pomogą przetrwać Ci trudny okres, pozwalając na wejście do ich świata i zatopienia się w nim. I nie ma w tym kompletnie nic złego. Każdy jest inny i musimy o tym pamiętać.

Książki uczą nie tylko czuć

Tak jak wcześniej wspominałam, czytanie uczy wrażliwości, dostrzegania świata inaczej. To jednak nie wszystko, czego możesz się z nich nauczyć. Akceptacja, tolerancja, asertywność - to jedne z wielu rzeczy i cech, których nabędziesz. Nie zapominajmy też o jeszcze jednej sprawie - większym zasobie słów i ortografii. Sama doświadczyłam na własnej skórze, jak czytanie w tym pomaga. Większy zasób słów może nie wydawać się czymś potrzebnym, ale prędzej czy później Ci się przyda. Wypracowania szkolne, podania o prace, same wypełnianie papierów w biurze - słowa towarzyszą nam wszędzie, a im więcej ich znamy, tym więcej mamy dostępnych nowych horyzontów. Co do ortografii - chyba każdy będzie miał szacunek do kogoś, kto nie będzie pisał "gura" lub "wkrutce", prawda?

Ale przecież na książki marnuje się drewno...

...tak jak na wiele innych rzeczy w życiu codziennym

Zawsze będzie śmieszyć mnie argument typu "ale na książki marnuje się drewno". Nie oszukujmy się, marnujemy w swoim życiu wiele rzeczy, pieniądze, światło, wodę i inne takie. Drewno jest wyczerpywalne i mimo wszystko potrzebne w tych czasach. Jednak przypominam, że podcieramy się czymś takim, co zwane jest papierem toaletowym, który w większości przypadków jest wykonany z drewna. Przynajmniej książek nie spuszczamy w toalecie.

Zakończę ten post wspominając jeszcze o jednej rzeczy - może do czytania zniechęciły was lektury szkolne, lub uważacie to za zajęcie dla "kujonów i mózgowców", wtedy powiem wam jedno: czytanie czyni z was fajnych ludzi i nie jest to tylko coś, co macie robić pod przymusem. Żyjemy w jednym świecie, jednak możemy tworzyć inne.
Spróbuj dać szansę książkom, a tego nie pożałujesz.

wtorek, 5 maja 2015

Pierdu Pierdu

Witam wszech i wobec, z tej strony Liściu i chciałam dzisiaj trochę ponarzekać (w sumie robię to cały czas). Ostatnio mam jakieś mega chujowe dni, ale to w sumie nie nowość. Tak btw widział ktoś nowy wygląd Interii? Fuck u poczto, takie unowocześnianie jest denerwujące ;_: Jeżeli narzekam na strony, to też podłącze pod to tumblera i jego mechanikę, kiedy ma się dwa blogi. Niechcący zaspamiłam mój główny blog zamiast mojego pobocznego, plus zmieniłam nie temu co trzeba wygląd (': (((jeżeliby ktoś chciałby zobaczyć mojego tumblera i może zaobserwować, niżetopoponujęskądzę, to zapraszam tu.))) Koniec końców nie mogłam przywrócić starego wyglądu i dałam nowy, nadal nie pasujący to multifandomowego shitu, jaki tam rebloguję.
 Kupiłam ostatnio też mnóstwo książek, za które powoli zamierzam się zabrać (w tym zaczęłam wypożyczać ze szkolnej biblioteki, bo jak się okazało, były tam całkiem fajne egzemplarze). Pierwszą, którą skończyłam była "Przysięga"Kimberly Derting. Książka według mnie rozkręciła się pod koniec, choć samo zakończenie było... dziwne. (wybaczcie, że tyle razy używam było, ostatnio często nadużywam wyrazów :'D). Żałuję, że autorka zamknęła wszystko w obrębie miasta i stworzyła przewidywalne akcje i średnich bohaterów. Sam pomysł - świetny, jednak potencjał niewykorzystany. Kolejną był klasyk, czyli pierwszy tom Harry'ego Pottera (nie bijcie, że nie czytałam tego wcześniej). Sama książka jest napisana bardzo przyjemnym, nawet trochę infantylnym stylem, ale przez to jest bardzo przyjemna do czytania. W sumie ostatnia jak na razie był Mały Książę (tak tego też wcześniej nie czytałam ;_;) - zakochałam się w tej książce. Ostatnio zaczęłam nawet często używać zwrotu "oswajać" (': Pięknie napisana, w takiej małej ilości słów było wiele treści.
Pokaże wam jeszcze, co Liściu robi, gdy ma już za dużo internetów (':





SAILÓR MÓN POWA

Przepraszam


niedziela, 5 kwietnia 2015

Recenzja Tokyo Ghoul √A



Witam wszem i wobec wszystkich tu zebranych, dzisiaj mam dla was skończonego w sumie nie tak dawno anime - drugi sezon Tokyo Ghoul'a. Jeżeli ktoś nie jest zaznajomiony z pierwszym sezonem, to radzę go obejrzeć i wrócić, aby przeczytać tę recenzję...i nie brać się za drugi sezon. I gdyby ktoś byłby ciekawy mojej niepełnej i starej opinii o pierwszym sezonie, to zapraszam to tego postu.

A, i uwaga, będą się sypały spojlery.




Opis: Ten sezon nie śledzi dalszym losów bohaterów opisanych w mandze, a jest oparty na nowo napisanym scenariuszu przez autora mangi. Po tym jak Kaneki po wielu torturach pokonał Yamoriego, postanowił wstąpić do Aogiri - organizacji ghoul, która swoją siedzibę ma w 11 "strefie" (ward). Czemu to zrobił? Co z tego wyniknie? Nikt nie wie.



Muzyka: Zacznijmy od elementu, w którym była znaczna zmiana. Po świetnym "Unravel", które oddawało idealnie całą tematykę i nastrój TG, przyszła kolej na "Munō", opening mający mieć głębokie znaczenie, lecz osiągnął przeciwny efekt od zamierzonego. Nie oszukujmy się, nie jest ani chwytliwy, ani przyjemny do słuchania. Niektórzy twierdza, że pasuje do całego klimatu drugiego sezonu, który miał niby być bardziej skupiony na psychicznych aspektach przemiany, taki psychological thiller. Mi szczerze nic nie zastąpi "Unravel", bo wprost zostało stworzone do tego serialu. Kolejny podpunkt - muzyka w tle. Prawie nie było jej słychać, przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Po przesłuchaniu soundtracka muszę przyznać, że była naprawdę fajna i może faktycznie mi umknęła.  Mogę szczerze pochwalić ending, ponieważ był jedynym plusem muzycznym w tym sezonie. Daję muzyce 7/10.



Kreska i animacja: Kreska TG zawsze była bardzo ładna, jedna z najładniejszych, jakie widziałam. Jednak dynamika totalnie umarła w tym sezonie. Było kilka momentów wartych uwagi, lecz w większości to były słabo animowane walki, które i tak zostały na chama ocenzurowane. Warto pochwalić końcowe obrazki, inne w każdym odcinku. Sekwencja openingowa też straszna nie była, fajnie został przedstawiony cały proces akceptowania przez Kanekiego tego, że jest ghoulem. Dizajn bohaterów jak zawsze był świetny, co zawsze było plusem tej serii. Było o wiele więcej mojego ślicznego Ayato i Juuzou, co jest jeszcze większym plusem, choć filiżanka występowała częściej od Kanekiego...ale to juz poruszę w bohaterach. Podsumowując o grafice - było parę momentów, które wyszły studiu Pierrot epicko, ale większość to była sztywna animacja i umarnięta dynamika, co daje jakieś 9/10 za kreskę i mocne 2/10 za dynamikę i animację.


Bohaterowie: Zacznijmy od minusów - brak developmentu charakteru Tsukiyamy. Był nadal fab i sass, jednak... tylko własnie taki był. Nie wykorzystano wielu scen z mangi, bo nie miały sensu w dalszym rozwoju fabuły w drugim sezonie, przez co pozbawiono Tsukiyamy połowy charakteru. Drugi minus to wprowadzenie bliźniaczek Kurony i Nashiro. Dali trochę wspomnień Juuzou, niby bliźniaczki do trzeba było wykorzystać, ale później... po prostu znikły. Nic się z nimi wyjaśniło, ni nic. Cały potencjał postaci poszedł się kochać. Minus numbero tres to częstotliwość pojawiania się Kanekiego w anime. Uwierzcie, filiżanka naprawdę występowała na początku częściej niż on. Dodatkowo nie było do końca pokazanej jego psychicznej przemiany, która odgrywała kluczowy element w mandze. Jedziemy dalej - totalne pominięcie Uty, Yomo i reszty. To teraz plusy. Więcej Ayato, pokazanie jego uczuć ww stosunku do ojca, ogólnie lekkie rozwinięcie jego postaci. Duże skupienie się też na przeszłości Juuzou, wyjaśnienie, dlaczego jest taki, jaki jest, ukazanie jego więzi z Shinoharą. Ogromnym plusem jest dla mnie też danie wątku Ukiny i Yoshimury, przez który prawie się popłakałam. No i idąc tym tropem Eto też była swojego rodzaju atutem tej serii, choć ja jej szczerze nienawidzę. Oczywiście pojawiła się Tousukaka, nie robiąc nic pożytecznego przez cały sezon. Kto by się spodziewał? Przedstawiono kilka nowych postaci, jakimi byli np. Takizawa, Akira (obecna trochę w pierwszym sezonie, ale mało się o niej dowiedzieliśmy), Naki (chociaż jego wątek zostawiono niewyjaśniony) i inni. Nie zapominając o Irimi i Komie, których bardzo polubiłam, jednakże też brakowało mi informacji o nich. Największym miłym zaskoczeniem tego sezonu był Hide... ///cries
Drugi sezon TG oferuje wiele dobrze zbudowanych postaci, jak i tych, o których zapomniano lub pominięto. Nie mogę jednak zaprzeczyć temu, że każda z nich była wyjątkowo. Z czystym sumieniem daję 6.5/10, bo pomimo świetnych bohaterów, w tym sezonie zapomniano o tych bardziej znaczących.




Fabuła: Tak jak wspominałam na początku, fabuła nie śledzi historii z mangi. Opiera się na podstawie nowo napisanego scenariusza przez autora oryginału. Cały pomysł z tym, że Kaneki wstępuje do Aogiri, aby ochronić swoich najbliższych stanowił ciekawy element, lecz uważam, że nie wykorzystano jego potencjału. Cała historia miała strasznie luki, nie wyjaśniono mnóstwo ważnych kwestii, uśmiercono bohaterów, którzy powinni żyć (no dobra, jednego, ale za to jakiego ;_;), a tych, którzy powinni umrzeć zostawiono przy życiu. Cały wątek Aogiri został tak słabo zrobiony i przedstawiony, że warto sięgać do tego tytułu tylko po to, aby zobaczyć, jak wyglądają animowani bohaterowie z mangi, szczególnie ich Kagune. Fabuła mogła się rozwinąć w dobrym kierunku, jednak za dużo rzeczy zostało wyciętych, za mało wstawionych, i tak powstał ser szwajcarski. Daję fabule 3/10, a tym, którzy chcą obejrzeć drugi sezon, a nie czytali mangi, powiem jedno:

READ THE FUCKING MANGA.

serio, anime to jak Biblia, a manga to Evangelion



środa, 18 marca 2015

Kami no ataeshi kuusou Program


B o g o w i e.
Nieśmiertelne, potężne istoty, które władają Czyśćcem. Obserwują każdy twój krok. Mogą cię zniszczyć, kiedy im podpadniesz. Chociaż czasami korciło mnie, aby zrobić coś niedozwolonego, aby wydostać się z tego więzienia.
Ale każdy boi się woli Bogów. Nawet ja po pewnych zdarzeniach wolę siedzieć cicho i grzecznie, aby nie narazić się na ich gniew. Oni mogą wysłać się do miejsc gorszych od Czyśćca. Do miejsc, gdzie każdy twój grzech będzie błagał o rozgrzeszenie. Gdzie twoje demony będą próbowały wypełznąć z twojej duszy, aby tylko nie być t a m.
Tak naprawdę to jeden poważny błąd i możesz pożegnać się z czymkolwiek ludzkim i normalnym. Piekło byłoby dla ciebie niczym niebo, gdybyś pobył tam kilka lat. A może nawet wystarczyłoby parę dni.
Chodzą plotki, że czasami ci biedacy, którzy trafiają t a m zyskują taryfę ulgową i mogą wrócić do Czyśćca (lepszy rydz niż nic). Jednak powoli tracą siebie. Nie mogą tego wszystkiego wytrzymać. Rozpadają się. Powoli, kawałek po kawałku. Ich dusze usychają, próbując wydostać się ze skorumpowanych ciał. Oczywiście, jeśli ktoś jeszcze takową posiada. Więc patrząc trzeźwym okiem na sytuację, tak czy inaczej oszalejesz i stracisz swoje człowieczeństwo.
Ale czy i tak nie jest na Ziemi?
Kiedy już wejdziesz na jakąś drogę, nie dasz rady z niej wyjść. Chociaż w moim więzieniu są tylko dusze, to są one bardziej żałosne od ich cielesnej powłoki. Jesteś tutaj całkowicie sobą, żadnych fałszywych masek, za którymi możesz się ukryć.
Ha, jakie to by było niszczące dla paru osób.
Wracając do tematu Bogów – jest tu pewien dupek, który męczy mnie od początku, kiedy przybyłam do Czyśća. Chciał czy nie chciał, nie mogę mu się postawić, bo pewnie tego pożałuję, choć czasami mam ochotę naprawdę mocno przywalić mu w tą jego idealną, boską facjatę. Pomijając fakt, że jest to fizycznie niemożliwe. Bogów nie można dotknąć, bo nigdy nie odwiedzają nas we własnej osobie. Pojawiają się jako „hologram” z którym można tylko porozmawiać. Wprowadzono to dlatego, bo „prawdziwa obecność Bogów może doprowadzić do postradania zmysłów”. No, tu muszę się zgodzić, sama myśl o nich irytuje człowieka. Duszę. Czymkolwiek teraz jestem.
Jeszcze raz wracając do tematu – ten dupek każe zwać siebie Kserionem. Próbuje udawać jakieś greckie bóstwo (może to porównanie jest nietrafne, bo mimo wszystko jest swojego rodzaju bóstwem). Jego wygląd jest jedyną dobrą rzeczą.
„Jest dziwnie piękny, niczym noc bez gwiazd.”
Okropny charakter, egoistyczny i narcystyczny, cały czas wtrąca się w nieswoje sprawy, wybuchowy niczym Wezuwiusz, chce, aby wszystko działo się działo się według jego zasad. Nie wiem czemu, ale każdy się go boi. Może to z przyzwyczajenia? Strach, który mamy już w siebie wpojony.


Urodziliśmy się w strachu.